Blog > Komentarze do wpisu

Jak kochać korporacyjnego męża?

W moich sarkastyczno-grafomańskich wynurzeniach przewija się regularnie postać korporacyjnego męża (KM). KM nie wypada sympatycznie. Pracuje w korporacji praktycznie 24/7. Po powrocie do pieleszy spędza czas w ogródku z sąsiadem przy piwie, wychodzi na basen, zrelaksować się lub zwyczajnie zasypia przez TV. Mało pomaga w domu. Oferuje marne wsparcie psychiczne. Nie ma zbyt wiele czasu dla dziecka. Czasem wraca urżnięty w czarnoziem (służbowo of course)

No larwa po prostu.

Gdybym go opisała na jakimś babskim forum, to zaraz posypałyby się rady, żeby draniowi pokazać, czym jest partnerski związek, lub od razu rzucić go w cholerę, zamordować alimentami, nie dawać córce złego przykładu, bo też wyrośnie na kuchenne popychadło.

Co prawda opisuję ten związek tutaj, ale jakby ktoś chciał rzucić jedną z wyżej wymienionych porad to dziękuję. 

Moja egzystencja dzieli się na okresy kiedy szczerze nienawidzę korporacyjnego i kiedy wielbię ślady jego stóp (jego samego rzadko widzę, zostają mi ślady do wielbienia).

Dziś np. wielbię i wręcz trudno mi analizować uczucia sprzed kilku dni, kiedy go nienawidziłam.

Chyba jednak wiem, za co go nienawidzę.

Za agresję słowną, ewidentnie nabytą wskutek konfliktów w pracy. KM kiedyś nie bywał werbalnie okrutny. Kiedyś urażała mnie bardziej treść, a nie forma. Wydaje mi się, że trafia we mnie to, czego nie da się powiedzieć w oczy szefowi.

Za wulgaryzmy. Nie żebym była taka niewinna, ale nie rzucaliśmy w domu "k..mi". Chcecie to nie wierzcie ale bywam mimowolnym świadkiem rozmów służbowych (np. w aucie, system głosnomówiący) i bagno płynące z ust korporacynych mężczyzn i kobiet jest porażające. KM potrafi już nawet obrażać matki mszyc w ogrodzie, nie mówiąc o okolicznych kotach.

Za zmęczenie. Jego zmęczenie jest większe i ważniejsze niż moje zmęczenie. I to zapewne jest prawda.

Za to, że nie ma go nawet wtedy, gdy jest.

Za umieranie.

Codziennie po trochu umiera to, co nas łączyło. Rzeczy tak małe i wielkie jak trzymanie za rękę w samochodzie, seks o poranku, telefon z dobrym słowem w ciągu dnia.

Korporacyjny się stara. Widzę, że próbuje. Robi wszystkim śniadanie, stawia codziennie szklankę wody z mielonym siemieniem (moja aqua vitae), wracając dzwoni, pyta, czy zrobić zakupy.

Te starania tylko coraz bardziej obnażają umieranie. Gesty wtłoczone w pudełko rutyny. Propozycja zakupów, gdy nie jest w stanie zapamiętać nawet dwóch rzeczy. Jak mogę prosić o zakupy, kiedy codziennie zastanawiam się, czy nie wjechał ze zmęczenia pod ciężarówkę?

To znaczy kiedyś się zastanawiałam. To też umarło. Teraz KM pojawia się w moim życiu, jak intruz. Moje czynności, plany mają swoje miejsce w mojej głowie, przywyczaiłam się, że nie mam z kim ich dzielić. Kiedy muszę cokolwiek wyjaśnić (dlaczego ten wór z ubraniami stoi w korytarzu, co tu się gotuje, dlaczego bez majeranku?) brakuje mi słów. Rośnie irytacja. Przeciez i tak ja muszę wynieść te ubrania. Jak się ugotuje to zjesz, co cię to obchodzi, kiedy wsypię majeranek?

Obcy w moim świecie. Nie gość. Obcy. Gościa podejmujesz z radością, zapraszasz, dbasz. Obcy drażni. Nie jest na miejscu. Nie wie dlaczego narzuta ma leżeć dłuższym końcem w poprzek. Dlaczego dywanik wisi, zamiast leżeć. Obcego trzeba wygonić.

A ja od obcego uciekam. W konflikcie wychodzę, wyprowadzam się, zamykam w łazience. Nie mogę znieść nie tylko jego ale i świata, do którego przychodzi. Bo ten świat był kiedyś wspólny.

Czasami, chwilowo obecny korporacyjny próbuje wrócić do tego świata. Zaczyna trzepać pościel. Proponuje zakupy. Zwykle powoduje to potworny wybuch, po którym zostaje strefa zero. On nie umie wrócić. Ja nie umiem go przyjąć.

Po co my w takim razie jesteśmy jeszcze razem, ktoś zapyta?

Najłatwiej byłoby powiedzieć - dla dzieci. Ale to nieprawda.

Jestem z korporacyjnym dla siebie.

Bluszczowo, toksycznie owinięta wokół jego osobowości trwam w przekonaniu, że to tylko etap. Coś musi umrzeć, żeby narodzić się na nowo. Gdy już nie zostanie mi nic, tylko pustka, wtedy musi pojawić się coś, co ją wypełni. Coś, co rzuci most przez te zgliszcza, które nas dzielą. Coś wzmocni tą niewidzialną nitkę, która nas łączy. Bo ona tam jest. Czuję to. Mogłabym pisać długo, co w moim mężu kocham. Wciąż jest wiele takich rzeczy. Ale tak naprawdę, w tym zatrutym korporacyjnym jadem związku trzyma mnie tylko wiara w przyszłość. Będzie kiedyś inaczej. Przetrwam to, jak wiele innych złych rzeczy, które mnie spotkały.

Być może kocham wizję człowieka, który już nie istnieje.

Pewnego dnia korporacja skończy go mielić w swoich zębach i wypluje resztki. Chcę tam wtedy być, żeby je pozbierać. Poskładać. Wezmę to, co zostanie.

Bo tak kiedyś obiecałam. Że Cię nie opuszczę, aż do śmierci.

piątek, 03 czerwca 2011, very_bad_mother

Polecane wpisy

Komentarze
2011/06/03 13:51:38
Będzie bolało:nie da się inaczej-musicie porozmawiać.Przestań przeczekiwać-samo nie przejdzie.Rozmowa o uczuciach jest trudna ale nie da się inaczej.
-
2011/06/03 14:40:34
Kasjo, to nic nie zmieni. W nim nie ma miejsca na uczucia. Zapełniła je rywalizacja i zmęczenie. Tylko gdy tego zabraknie być może dostanę swoją szansę by wypełnić powstałą pustkę.
A co do bólu - jest codziennie.
-
2011/06/04 11:49:07
Nie czuję się upoważniona do dawania rad, pouczania itd. Fakt - zatkało mnie.
Współczuję tylko i podziwiam jednocześnie.
Jak byłam bardzo młoda, to też byłam idealistką, ale to było dawno - na szczęście.
Gdzieś przeczytałam (sama bym nie wymyśliła): "Czasami grzechem jest dotrzymywać słowa".
Pozdrawiam ciepło!
-
2011/06/04 16:02:42
Bardzo, bardzo fajny wpis. Masz rację- na forach by cię zjedli (jak tego zresztą niedawno doświadczyłaś przy innej okazji. Kazali by ci go rzucić w cholerę, albo ostatecznie wyegzekwować zmianę natychmiastową i gruntowną. A z tego, co piszesz, to jemu jednak zależy. Może stara się nieudolnie i nie umie pogodzić dogadzania tobie z dogadzaniem innym, bo jest dobry, obowiązkowy, bo nie umie odmawiać, bo się boi, że innej pracy nie znajdzie. Nie jest ci łatwo, to widać, ale nie skreślaj go. Wylej całe brudy na blogu ( bo kobiecie, jak z siebie to wszstko wywali, od razu lepiej na duszy ;)), a w realu go kochaj i chwal. A uwierz mi, że go to ruszy. Kobiety, by kwitnąć potrzebują miłości, a faceci szacunku i docenienia. Konieczności rozmów i negocjacji oczywiście nie neguję. Pozdrawiam.
-
2011/06/06 09:26:31
sama mam alergię na porady,więc czuję się nieswojo...ale jestem wrogiem przeczekiwania
-
2011/06/14 07:14:15
korporacje...pi...ne korporacje. To że go kiedyś wyplują albo sam sie wyczołga to nie ulega wątpliwości. Komu to do cholery służy?!
wpis jest nie tylko o Tobie. Jest też o mnie. Ale to ja byłam KM.
Widać, że w dalszym ciągu się kochacie. Mi w pewnym momencie mąż postawił ultimatum. Wóz albo przewóz. Dziś jestem mu bardzo wdzięczna choć z początku mało mnie to nie zabiło (dosłownie) - patrz mój wpis. Pewnie patrzyłaś. Korporacja jest jak narkotyk poniekąd. Zespół odstawienny jest straszny. Ale warto się wyzwolić. Ja wam życzę wszystkiego co najlepsze. Nie słuchaj "dobrych" rad typu zostaw go w diabły. Nie widzę po Twoim wpisie żebyś go skreślała. Znajdziecie drogę. trzymam kciuki!
-
2011/06/30 15:45:54
cholernie dobry, cholernie bolesny wpis, cholernie prawdziwy.
widzę pierwsze symptomy u mnie. wiem już, jak będzie dalej.
co robić - nie mam pojęcia.
-
2011/08/07 22:54:53
wow, piękny i jakże prawdziwy wpis... o prawdziwej miłości - tak wygląda w rzeczywistości, bo nasze życie jest takie...
A rad nie słuchaj, sama wiesz jak przeżyć własne życie.
-
2011/10/21 09:55:55
mój mąż nie pracuje w dużej korporacji, ale i tak wygląda to tak samo.... Ambicja... On to kocha... Ja nienawidzę... ale zawsze tak na prawdę będę tylko Jego;)
-
2012/09/25 20:07:25
Ja mam tez takiego męża, to co opisałaś też podobnie przeżywam. Ja pracuje w szkole,więc jestem wcześnie w domu. Szybko wracam żeby zmienić nianię po drodze zakupy na obiad i szara rzeczywistość dziecko , obowiązki domowe itp. Wieczorem już padam ze zmęczenia mimo, że " nie pracuję długo" - bo w szkole. Mąż zdaje się nie dostrzegać tego co robię w domu. Do domu często wraca jak mała już śpi. Ale to on jest zmęczony. Czasem zastanawiam się co ja mam z takiego małżeństwa? Pieniądze są ważne ale co z nas za małżeństwo?
Mężowi wieczorem nawet nie chce się ze mną rozmawiać, ucieka w komputer.
Telefon służbowy dzwoni prawie o każdej porze... Smutna rzeczywistość żony KM:(
-
2018/05/01 20:08:58
Ja też tak czekałam. Zaciskałam zęby, odkładałam na później te ważne rozmowy, zresztą może i próbowałam rozmawiać, ale byłam uspokajana, nie dawało się.
Zdarzyło się dokładnie tak, jak to przewidujesz u siebie. Mąż dawał z siebie w korpo 110% siebie, a dosłownie w ciągu kilku tygodni firma go przemieliła i wypluła. W tym samym okresie pewnie zdał sobie sprawę, że ma problem, ale... nie ma komu się zwierzyć, bo w domu czekam ja - OBCA osoba, z którą nie budował więzi od lat.
Ja czekałam, on nie chciał. Z dnia na dzień oświadczył, że to koniec. Nie zdążyłam więc się doczekać tego "co później". On nie chciał, żebym to ja go zbierała, szuka innej zbieraczki, otwarcie, w jego mniemaniu uczciwie. Mam 43 lata, pozostałam w stuporze i mam resztki piasku na dłoni, zdziwiona, że mi się przesypał przez palce. Nienawidzę korporacji. Mojego męża mi żal, siebie mi żal, żal mi wszystkich młodziutkich rodzin, małżeństw. Gdybym mogła komuś radzić - to pilnować się, żeby korpo nie zeżarło osobowości. To trudne, ale niektórym się udaje. Nie znam co prawda osobiście, ale na dzielni mówią, że tak bywa. Chętnie poznam, choć już i tak za późno. Smutne, straszne, bez sensu. :(
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin