|
środa, 16 maja 2012
Pan Duda jest bez wątpienia be. Ale czy Agnieszka Pomaska jest cacy? Czytałam sobie o tym wczoraj w autobusie w portalu Na temat. Pod artykułem w nowatorskim systemie dodawania komentów pod nazwiskiem (genialne moim zdaniem, zauważyliście, że u Lisa nikt nie pisze "spie..aj dziadu"? Jakoś z własną twarzą obok to nie wypada, nie?) wypowiedziała się sama zainteresowana. Cała sprawa bazuje na jednym wielkim nieporozumieniu. Posłanka nie ma urlopu macierzyńskiego. Poseł to funkcja publiczna, nie etat. Jednak dyskusja o tym, czy daje dobry czy zły przykład trochę mnie poruszyła. Pod wspomnianym artykułem w "Na temat" sama Pomaska na pytanie, gdzie zostawiła dziecko odpisała "Moje dziecko ma ojca". To bardzo dobrze, że ojciec angażuje się w opiekę i jest to bardzo pozytywny przykład. Co jednak z ojcami, którzy zapieprzają 12 h /24 w korporacji albo na dwóch etatach? Rano na etacie, w nocy na taksówce, albo po południu remontując dachy? Ci nawet gdyby chcieli nie odciążą matki w opiece nad niemowlęciem. Czy wiecie, że w korporacjji, która szczyci się swoimi wysokimi standardami polityki HR po cichu dyskryminuje się ojca niemowlęcia? Można mu wytknąć, że gorzej pracuje bo niewyspany, za mało skuteczny, bo rozpraszają go emocje związane z urodzeniem dziecka. A nawet jeszcze nie wziął urlopu, który zgodnie z prawem mu przysługuje. Czy widzieliście artykuł w Wysokich obcasach, pokazujący sylwetki kobiet poszukujących pracy? Na pierwszej stronie matka małego dziecka. Opowiada, że pracodawcy bez żenady wypytują o życie rodzinne a słysząc "dziecko" szybko kończą rozmowę. Ja sama odbierałam telefony służbowe na dzień przed porodem. Pracowałam w najwyższym stresie a obok leżało 3-miesięczne dziecko. Karmiłam, odkładałam i zapieprzałam dalej. Można rzec, że sama chciałam. Zgodziłam się, nikt mnie nie zmusił. Mogłabym zamknąć się w domu na cały macierzyński a teoretycznie nawet wziąć wychowawczy. Ale nie miałabym w moim zawodzie do czego wracać. Czy postawa posłanki Pomaskiej jest postępowa czy nie? Pomaga kobietom czy szkodzi? Czy pracodawcy będą oczekiwać więcej a kobiety będą czuły się zobligowane do wykazania swojej dyspozycyjności? A może nie tyle obowiązkiem ile PRAWEM kobiety powinno być pozostanie przez pierwsze tygodnie życia dziecka tylko matką? Kobiety są dyskryminowane na rynku pracy z powodu posiadania dzieci. Pchanie ich do roboty, żeby wykazały swoją przydatność za wszelką cenę niczemu nie służy. A na pewno nie służy dzieciom. Dziś, mając za sobą różne doświadczenia powiedziałabym tak: Chcesz kariery - zrezygnuj z dzieci. One będa pokrzywdzone, a kariera nie do końca udana. Ja nie mam pełnej satysfakcji ani w pracy ani w macierzyństwie. Gdybym zaczynała jeszcze raz nie zdecydowałabym się na dzieci. Chociaż kocham je ponad życie. Właśnie dlatego czasami żałuję, że je urodziłam i nie mam czasu być dla nich taką matką na jaką zasługują. Nie życzę Agnieszce Pomaskiej takich dylematów.
poniedziałek, 14 maja 2012
Jest biedna. Naprawdę. Przychodzenie do pracy to dla niej stres. Często bierze zwolnienia, bo choruje. Pewnie też ze stresu. Czuje się zaszczuta i zdezorientowana sprzecznymi komunikatami i oczekiwaniami szefa. Nie rozumie czego się od niej chce. Broni się atakując. Płacze. Chlipie. Wyżala się na ramieniu. Składa skargę. Szuka sprawiedliwości. Psuje człowiekowi opinię. Znajduje obrońców. W końcu jest śliczna i ma taką wdzięczną jasną główkę. I jest taka biedna. Przez myśl jej nie przejdzie, że problem może tkwić w niej samej. Bo do pracy się nie przykłada. Bo nie umie i nie musi. W końcu pracuje dla rozrywki. Minęła mnie dziś rano swoim srebrnym luksusowym autkiem. W dupie mam jej autko, blond od gejowskiego fryzjera i upudrowany szanelem nosek. Tylko po co do k..y nędzy uprawia hobbystycznie pracę zawodową szkodząc przy okazji ludziom, którzy z etatu żyją i od tego zależy byt ich rodziny?
środa, 09 maja 2012
Pracuję Ci ja jak mróweczka (głównie nad zlecaniem remontów na oferii) a tu patrzę a na gazeta.pl takie cudo. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,11685440,_TP___Najpierw_komunia__potem_spowiedz__Traumatyczne.html Rany, serio? Ale tak serio serio? A może przyszłoby Wam do łba pobożni ojcowie, że indoktrynacja od 4 roku życia w przedszkolu to za wcześnie? Że siostrzyczka opowiadająca 5 -latkom o piekle, do którego zostaną zesłane za kradzież cukierka (w tej dziedzinie Jedynka jest recydywistką) to przesada? Że to kaleczy dzieciom psychikę? A temat "męczennicy" w pierwszej klasie? Sw. Sebastian nadziany jak jeż strzałami i jakaś tam inna mizoginka upieczona na ruszcie? A nawet w epatującej krwią telewizji mają specjalne oznaczenia i jednak rzeźnię puszczają trochę poźniej niż o 15.00. Jako średnio zaangażowani katolicy jesteśmy naprawdę w trudnej sytuacji. Ja osobiście byłam przeciwna posłaniu naszego dziecka do komunii. Coraz mniej wierzący korporacyjny (Pan Bóg go zawiódł - ile razy poszedł do kościoła to następnego dnia miał przerypane, pech za pechem, a że na Hioba toon nie wygląda więc się trochę obraził na Wszechmogącego) zdecydował, że komunia będzie, coby nie stygmatyzować dzieciaka. No i od tygodnia robimy ten cholerny rachunek sumienia. Jedynka jako trudne dziecko, bez przerwy sztorcowane przez złych rodziców doskonale wie jakie przewinienia musi zeznać. Zatem uzywa rozumu. Mieści się w kategorii. Co nie umniejsza jej stresu. I mojego też. Przecież ja tez się będę musiała przed tym wydarzeniem wyspowiadać. Ciekawa jestem co powie duchowa władza na moje grzechy. O ile zdecyduję się je szczerze wyznać, gdyż raczej skłaniam się ku wykonaniu rzetelnej spowiedzi we własnym sumieniu, które nie tylko gryzie ale szarpie mnie dotkliwie za każdym razem kiedy popełnię wykroczenie przeciwko własnym zasadom. Tym samym pokutę odbywam dzięki samoudręczeniu zanim nawet zdążę pomyśleć, że mogłabym powierzyć swoje grzechy mrokom konfesjonału. Co więcej, sama sobie nie odpuszczam tak łatwo. Żeby tam 10 zdrowasiek i po problemie? O nie. Moje prywatne piekiełko smaży o wiele dłużej. Może dlatego nie mam potrzeby spowiedzi. Tym bardziej, że niestety definicje nam się z władzą kościelna trochę rozjeżdżają. Dla mnie leżenie w ogródku zamiast wdychania kadzidła w niedzielę nie bardzo jest grzechem. Za to przylanie córce jest grzechem ciężkim w moim mniemaniu a to z kolei kościół uważa za słuszną metodę wychowawczą. Chyba wreszcie przyjdzie pora szczerze zmierzyć się z tym dysonansem i podjąć odważną decyzję o zmianie wyznania, apostazji lub większym zaangażowaniu. Ale to może po komunii Małego. Żeby dziecka nie stygmatyzować.
niedziela, 06 maja 2012
Czy to kazałyście mi przemyśleć w komentarzach? Dokąd zmierzasz Zła? Po co Ci to wszystko? Walnij robotę w kąt. Co będziesz wspominać z tego amoku po latach? Przemyślałam. Długi weekend był wręcz kwintesencją naszego wspólnego życia. Pigułką w pigułce i śmietanką śmietanek. Zaczęliśmy go wcześniej wolnym dniem, który spędziliśmy w markecie budowlanym. Następnie zaliczyliśmy imprezę jubileuszową Szalonej Babciusi. Klasyka. Fatalna urobiona po uszy, Babciusia niezadowolona i wściekła jak osa, ciotki kąśliwe, korporacyjny obrażony - w zasadzie bez powodu, ot tak do kompletu. W niedzielę najbardziej kuriozalny piknik jak zdarzyło mi się przeżyć. Mieszkamy na obrzeżu miasta, z kawałkiem wybiegu dla kota i polem pod nosem. Płacimy za to dojazdami do stolicy ale nigdy żadne z nas nie narzekało. Bo zapach majowej łąki o poranku jest bezcenny. Na piknik zaprosili nas znajomi do Powsina. To co zaobaczyłam na miejscu było jakąś odmianą jednego z dolnych kręgów piekielnych. Na skraju osranego lasku, na łace na której traktor nie dałby rady się dobrze rozpędzić, w 34 stopniowym upale mieszkańcy Ursynowa zażywali majówki. Oznaczało to kocyki w zagęszczeniu podobnym do plaży w Krynicy w lipcu i minigrille oraz ogniska z 2 metry. Wróciłam półżywa, przytruta kiełbasą i uwędzona dymem. W poniedziałek udaliśmy się do pracy (albowiem macierzynski mój dobiegł końca i wróciłam do pracy). Ja wypadłam z roboty o 15.00, po drodze odebrałam obrażoną Jedynkę ze świetlicy, połknęłam płuca robiąc zakupy, przyjęłam na klatę ryk Młodego i wściekłą minę Fatalnej by stanąc przy kuchni i naszykować kolacje dla rodziny korporacyjnego, która postanowiła na majówkę przybyć do stolicy. Korporacyjny wrócił o zwykłej porze, czyli o 19.00 dostarczając 3 litry wody i 6 kartonów karotki (która jak wiadomo jest idealna na upały). Rodzina zwinęła się szczęściem we wtorek po poludniu. W środę dla odmiany pokłóciliśmy się. Oficjalnie z mojej winy, gdyż narzekam i nie zdążylam policzyć metrow kafelków potrzebnych do remontu, po które korporacyjny ofiarnie zadeklarował się udać. Nieoficjalnie po prostu dawno nie było dobrej awantury zakończenej grożeniem papierami rozwodowymi. W czwartek udaliśmy się dla odmiany w odwiedziny do rodziny. Tamże przez dwa dni kursowałam między wózkiem a kuchnią, a korporacyjny zwiedzał krzaje nad Bugiem nabierając mocy do dalszego zapieprzania w korpo. Ale ja tez nabrałam trochę mocy. Już wiem po co to wszystko. Tam nad Bugiem mamy kawałek pola. Mikroskopijnie przklejony do latyfundium mojego wuja. I jak już kompletnie złachana byciem złą żoną i złą matką, pracą, życiem w mieście i życiem w ogóle stanę się bezużyteczną grecką staruszką, pozbawiona środków do życia (bo emeryturę będę miała państwową) to wtedy pojadę na to pole, położę się o świcie w świeżej bruździe i jak Boryna oddam ducha. Ale za to na swojej wlasnej ziemi. O ile korporacyjny nie odbierze mi jej wcześniej na sprawie rozwodowej.
środa, 14 marca 2012
Nie jest dobrze. Dlaczego o tym nie napisałam? Zajrzałam do pierwszego wpisu na tym blogu. Wtedy tez nie było dobrze. Założyłam sobie blog, żeby ponarzekać. Wylać. Obsmarować co się da. Dlaczego tego nie robię? Cholera, po to jest ten blog. A ja nie jestem supermenką. Ugrzęzłam po uszy na własne w zasadzie żądanie. Jestem słynna jako ta "co dostała nową pracę, będąc w ciąży". Ale uwaga dzieweczki, które pragnęłybyście powtórzyć ten wyczyn. Nic nie jest za darmo. Chcąc spłacić dług (no bo to w naszym kraju nie jest normalne, w takiej Szwecji laska w ciąży idzie i dostaje robotę, a potem niańczy sobie bejbusia a stołek grzecznie czeka), zatem chcąc spłacić dług wdzięczności, zadeklarowałam, że pracy dopilnuję też w trakcie urlopu. Nie przewidziałam jednak, że dla osłabionej porodem, zimą, anemią i dodatkowymi obowiązkami kobiety, stres związany z terminami, użeraniem, pretensjami itp. katalogiem atrakcji może być zabójczy. I teraz noszę ten stres zamiast nowej torebki na wiosnę. W nocy otwieram oczy, żeby nakarmić dziecko, które je i usypia. A ja leżę i walczę z mdlącym poczuciem, że czegoś zapomniałam. Nie zdązymy. Drukarnia się nie wyrobi, grafik się opierdala. Nie zdążymy. Leżę godzinę, dwie. Świta. Karmię znowu. Wstaję opuchnięta i odrętwiała. Jem coś, przewijam, usypiam. Otwieram komputer. Jest coś. Zaakceptować? Nie, a jak sie przyczepią? wysyłam do opiniowania. Kolejne uwagi, wracamy do punktu wyjścia. Nie zdążymy. Stres owija się jak wąż wokół szyi. Tonę w bagnie. Nie mogę zrobić nic konstruktywnego. Wypełniam umowę. Brakuje numeru dowodu. Trzeba wstać, wyjąć portfel z torebki. Przerasta mnie te kilka kroków. Siedzę i zaczynam płakać. Niewypełniona do końca umowa zawisa mi u pasa kolejnym kamieniem. Tylko czekać aż zbierze się ich tyle, że pociągną mnie na dno. I jeszcze dzieci. Małe płacze. Przywiązane do mnie niewidzialną nicią przeżywa pewnie mój stres. Starsze cierpi. Wykrzykuje z nienawiścią swoje cierpienie, wali we mnie, a ja staram się milczeć. Ważę każde słowo by nie potęgować agresji. Rozmowa z moim starszym dzieckiem jest jak negocjacje z niestabilnym psychicznie terrorystą trzymającym na muszce zakladników. Jedno nieostrożne słowo i wszyscy zginą. Dziś próbuję coś zmienić. Szukam punktu odniesienia. Nie może być nim praca. Nie po to żyję. Pójdę na dwór. Ogród pachnie mokrą ziemią. Brakuje mi kawy... Niech ktoś rzuci mi linę, żeby mogła wydostać się z tego tłustego błota codzienności.
poniedziałek, 12 marca 2012
Bardzo Zła odpadła z konkurencji blogowania na akord. Zwyczajnie nie daję rady. Przez miesiąc wydarzyło się tyle co przez pół roku. Np. wypadła mi połowa włosów. Spadła mi cała waga ciążowa i jeszcze trochę tej sprzed (co oznacza wygląd wieszaka obciągniętego nieco luźną skórą). Było jakiś czas tak uroczo, że nie warto było pisać a potem zrobila się taka masakra, że nie chciało mi się otwierac oczu a co dopiero pisać. Jako matka na urlopie macierzyńskim zapitalalam do roboty wlokąc ze sobą wózek z zawartością. Zawartość, która spędziła 3 miesiące życia w miłej ciszy i zimowym półmroku nie była zadowolona. Jako żona korporacyjnego męża, który z narzędzi najbardziej lubi otwieracz do piwa, rozpoczęłam remont zrujnowanej chałupy, mającej stac się do jesieni wymarzonym miejscem na ziemi. Nie wiem czy w tej chałupie zamieszkam w stadzie, czy sama z przychówkiem. Aaa, przychówek starszy regularnie grozi wyprowadzką. Młodszy na razie nie grozi, ale to chyba wyłącznie przez brak umiejetności werbalizowania pragnień. Grzęznę. Znikąd pomocy.
czwartek, 09 lutego 2012
Co robi matka dwójki dzieci i żona męża notorycznie nieobecnego w domu do późnych godzin nocnych w obliczu totalnej awarii instalacji grzewczej po całym dniu bezowocnego oczekiwania na fachowca od naprawy? Bierze instrukcję i idzie naprawiać piec. Narzędzia używane przeze mnie do w/w dziłalności to: - mała latarka reklamowa z rossmana znaleziona w torebce - nożyk do obierania ziemniaków - trzy śrubokręty płaskie różnego kalibru wygrzebane z dna szafy Korporacyjnego Do chwili pojawienia się siły fachowej w godzinach późnowieczornych zdążyłam rozmonotować panel sterujący, zindetyfikować problematyczny czujnik i wcisnąć go na miejsce. Siła fachowa rozpoznała dodatkowy problem w postaci kamienia w dopływie wody. Domyślałam się, że tak może być jednak zabrakło mi klucza francuskiego do wykręcenia rurki. Wniosek: powinnam przenieść śrubokręty do swojej szafy i uzupełnić je o klucz francuski. Bo na pomocną męską dłoń już dawno przestałam liczyć. Jak mawia Korporacyjny: Umiesz liczyć? Licz na siebie. Howgh.
piątek, 03 lutego 2012
Dom, w który włożyliśmy wszystkie oszczędności dzisiejszej nocy uległ zniszczeniu. Nie zdążyliśmy go ubezpieczyć ani wyremontować. Z rozpaczy weszłam na portal gazety, żeby zobaczyć kiedy opuści nas w końcu ta syberyjska pogoda. I dowiedziałam się, że dziecko, którego od tygodnia szuka cały kraj, nie żyje. Zabiła je matka. Teraz już naprawdę nie mogę powstrzymać łez. Moje dzieci są bezpieczne. Tylko to się liczy.
środa, 01 lutego 2012
Wygląda na to, że rozstaniemy się z powodu płaczu niemowlaka. I to na dodatek niemowlaka, który powinien mieć na drugie imię "wcielenie spokoju". Ktoś zna głupszy powód kłótni małżeńskich? Jak my w ogóle przetrwaliśmy Jedynkę, która wyła koszmarnie, bezustannie i bez powodu? Something is wrong. Tylko, że nie wiem co. Jestem wierna, lojalna i wyrozumiała. Ale kopać się nie pozwolę.
niedziela, 29 stycznia 2012
To zabrzmi irracjonalnie ale kochając bardzo swojego męża jednocześnie wciąż czaję się wokół niego ostrożnie spodziewając się w każdej chwili ataku. Nasze konflikty nie są krwawe i pewnie nie różnią się od drobnych codziennych nieporozumień wielu innych małżeństw ale mimo to: - nigdy nie wychodzę po kłótni z domu, a jeśli nawet to zabieram dziecko ze sobą. Żeby w razie czego nie mozna było mnie oskarżyć przed sądem o porzucenie rodziny i obciążyć alimentami. - kasuję historię przeglądania po każdym użyciu komputera (nie żebym oglądała japońskie porno, ale np. dla zachowania bloga do własnej wiadomości) - posiadam konto zarejestrowane na własne nazwisko, które w razie czego natychmiast podaję w pracy do przelewu wynagrodzenia, by zabezpieczyć sobie własne środki na przetrwanie - wącham koszule po służbowych imprezach (nie jestem Grenouille ale perfumy męskie od damskich odróżniam) I żyję złudną nadzieją, że nigdy mi się to wszystko nie przyda... |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|