Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

To zabrzmi irracjonalnie ale kochając bardzo swojego męża jednocześnie wciąż czaję się wokół niego ostrożnie spodziewając się w każdej chwili ataku.

Nasze konflikty nie są krwawe i pewnie nie różnią się od drobnych codziennych nieporozumień wielu innych małżeństw ale mimo to:

- nigdy nie wychodzę po kłótni z domu, a jeśli nawet to zabieram dziecko ze sobą. Żeby w razie czego nie mozna było mnie oskarżyć przed sądem o porzucenie rodziny i obciążyć alimentami.

- kasuję historię przeglądania po każdym użyciu komputera (nie żebym oglądała japońskie porno, ale np. dla zachowania bloga do własnej wiadomości)

- posiadam konto zarejestrowane na własne nazwisko, które w razie czego natychmiast podaję w pracy do przelewu wynagrodzenia, by zabezpieczyć sobie własne środki na przetrwanie

- wącham koszule po służbowych imprezach (nie jestem Grenouille ale perfumy męskie od damskich odróżniam)

I żyję złudną nadzieją, że nigdy mi się to wszystko nie przyda...

środa, 25 stycznia 2012

Nasz związek z KM jest idyllicznie piękny pod warunkiem, że:

- dzieci są zdrowe

- dzieci nie płaczą

- dzieci nie chodzą w nocy po domu

- Zła akurat nie sprząta (patrz poprzedni wpis)

- KM nie jest w konflikcie z szefem

- nie jest to okres rozliczania podatków

O dziwo zdarza się, że kilka powyższych okoliczności zachodzi jednocześnie (wszystkie razem to chyba nigdy). Żeby zatem uniknąć karczemnych awantur zakończonych groźbami wystosowania odpowiednich dokumentów do wydziału rodzinnego sądu okręgowego staramy się bardzo by przynajmniej dzieci nie szkodziły nam w byciu udanym małżenstwem.

Dzieci jednakowoż nie chcą współpracować.

Czy ktoś wie może, dlaczego syn nasz, podczas weekendowej podróży będący dzieckiem IDEALNYM (to trzeba napisać dużymi literami, bo on przez trzy doby nawet nie miauknął) w domu od godziny 17.00 do 23.00 rozpaczliwie ryczy?

Co miał w sobie hotelowy pokój, że pozwalał spać w nocy po 4-5 godzin? Czy to hałas i piski na basenie działały na niego tak kojąco podczas dziennych drzemek? Czy karmienie co 3 godziny zamiast na żądanie tak dobrze regulowało mu system trawienny? Czy ma tak głęboko w tyłeczku rodzicielstwo bliskości, że kiedy matka hulająca w bąbelkach spa i na saunie odpuściła mu nieustanne lulanie to poczuł się wolny i zrelaksowany?

A może on po prostu lubi podróże i siedzenie w domu go irytuje? Czy też denerwujemy go sami naszym zdenerwowaniem, że płacze? Czy może zgodnie z zaleceniami doktora Spocka należy go raz dziennie przewieźć z 1,5 godziny samochodem?

Gubię się w domysłach. Samotnie, gdyż z Korporacyjnym chwilowo nie rozmawiamy. Sytuacja nie spełnia warunków brzegowych.

Please help.

14:26, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przy okazji powolnego przekopywania się przez stos tygodników przywleczonych z roboty przez KM trafiłam na ten smakowity kąsek http://stylzycia.newsweek.pl/facet-z-miotla--czyli-wyznanie-domowego-obiboka,85985,1,1.html

Bingo! Mój Korporacyjny należy do elitarnej grupy 6%, której odkurzacz nie gryzie. Po wielu latach, podczas których konserwacja życiowej powierzchni płaskiej należała do moich wyłącznych obowiązków, dzięki narodzinom nowego potomka małżonek przypomniał sobie, z której strony jest włącznik odkurzacza. I to po zaledwie 3-krotnym pozostawieniu go samego z dziećmi.

Niezmiernie się cieszę. Niestety, nie zmieniło to mojej sytuacji w znaczący sposób.

Nadal mając w perspektywie sprzątanie chałupy zalewam się łzami.

Przyznaję, że to bardzo głupi powód do płaczu. Sprzątanie to jednak czynność przeze mnie tak szczerze i głęboko znienawidzona, podświadomie negatywnie uwarunkowana, że niemal nigdy nie obywa się bez okazywania gwałtownych emocji. Bywa, że jeżdżę szmatą i płaczę. Bywa, że wyżywam się na rodzinie. Albo oba naraz. Anthea Turner to ja na pewno nie jestem.

Moja matka spędzała większość czasu na sprzątaniu. Podejrzewam, że była to czynność kompulsywna, kanalizująca stres życia w PRL-u z dwojką dzieci i Wiecznie Nieobecnym. Odkąd pamiętam byłam sztorcowana za okruchy na podłodze, kapnięte mleko, rzucone ubranie. Jako 7-latka miałam za zadanie polerować naszą rumuńską meblościankę na wysoki połysk. Kiedy dumna z siebie zapraszałam do podziwiania swego dzieła, matka znajdowała niedoczyszczoną półkę albo krytykowała zbyt wysokie zużycie pasty do polerowania.

Powinnam zbuntować się i jako dorosła żyć w syfie. Wyuczony odruch jest jednak zbyt silny. Kurz na podłodze powoduje, że robię się nerwowa, zaczynają mnie swędzieć ręce, nie mogę się uspokoić dopóki nie przejadę odkurzaczem. Nasze gniazdko wychodzi na południe, co sprawia, że światło z okien przepięknie (szczególnie zimą, gdy słońce swieci nisko) eksponuje najcieńszą nawet warstewkę kurzu i każdą plamkę na panelach.

Kilkakrotnie próbowałam outsourcować znienawidzoną czynność. Pojawiały się różne Luby i Tatiany. Jednakże trafia mnie szlag na widok kobiety, która 8 godzin poświęca na coś, co ja robię w 2 (jestem ekspresowa, upraszczam i usprawniam co się da), cały dzień kręci mi się po chałupie a i tak nie zrobi wszystkiego co bym chciała.

Kiedyś dyskutowałam ze znajomą zakup maszyny Rainbow. Byłam generalnie niechętna wydawaniu dwóch pensji na coś, z czym i tak trzeba w garści zasuwać po mieszkaniu (co innego gdyby odkurzał sam). Dialog wyglądał tak:

Ja: No więc własnie był ten przedstawiciel i mimo wszystko nie jestem przekonana.

Znajoma: To okropnie hałasuje, jak nasza pani odkurza to muszę bardzo podgłaszać telewizor.

Kurtyna.

Wiecie, jak ja jej cholernie zazdrościłam? Nie, że ją stać na rainbow i panią do jego obsługi. Bo mnie też stać. Zazdrościłam jej, że potrafi siedzieć i oglądać telewizję, kiedy ktoś jej sprząta.

Bo ja bym nie potrafiła. Łaziłabym i sprawdzała, czy szmata do paneli nie za mokra, dlaczego jeszcze kafelki nie umyte, wytykała, że blaty w kuchni to jednorazowym ręcznikiem a nie szmatką ze zlewu.

Więc sama sprzątam. I płaczę.

14:14, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (12) »
piątek, 13 stycznia 2012

Nie pisałam, bo nie było na co narzekać. A jak wiadomo tylko bad news is a good news.

Ostatnio dużo spałam i późno wstawałam a potem jakoś nagle robił się wieczór i kolejny dzień można było odkreślić.

Nie przeszło mi całkiem rwanie na wolność ale przed nowym rokiem wybyłam z domu na dłużej jeszcze dwa razy. Zaliczyłam dwa przyjęcia wigilijne, upewniłam się, że świat o mnie nie zapomniał, wkurzyłam co poniektóre żeńskie istoty brakiem macierzyńskich stygmatów w postaci otłuszczonej dupy i wydałam kupę forsy w Zarze i Mango na wyprzedażach. Korporacyjny w tym czasie dzielnie trenował podwójne rodzicielstwo.

Dziś jednak moje domostwo nawiedziła mała plaga w postaci koleżanek Jedynki. I to wyrwało mnie z różowej waty samozadowolenia. 

Jedynka jest dość ładna, bardzo zgrabna, bardzo wysoka, bardzo wysportowana i całkiem bardzo roztrzepana i trochę tępa.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham to dziwne, wiecznie rozczochrane, całkowcie niepodobne do mnie stworzenie. Ale to nie zmienia faktu, że odmienność córki wymaga ode mnie sporego wysiłku, żeby ją zrozumieć.

Wychowywanie Jedynki przypomina walenie głową w ścianę. Wiem, że wielu rodziców odnosi takie wrażenie w stosunku do swoich urodzonych o czasie i naturalnie dzieci. Upór, krnąbrność, niedbalstwo, lenistwo - sama to przejawiałam od podstawówki. Moja Fatalna matka osiwiała głownie przeze mnie. Ale jednocześnie byłam inteligentna, oczytana, z bujną wyobraźnią i wchłaniałam wiedzę jak gąbka.

Moja córka jest całkowicie odporna na wiedzę. Przejawia cechy dyslektyczne. Ma zaburzoną lateralizację, problemy z koncentracją, późno zaczęła mówić, długo uczyła się czytać.

Konsultacje z ekspertami wykazywały zawsze nieprawidłowy rozwój motoryki małej.

Te wszystkie objawy są wymieniane przez przeciwników cesarskiego cięcia "na zimno" jako konsekwencje takiego porodu.

I chociaż z pewnością zaraz odezwie się wiele matek dzieci z cesarki, które są błyskotliwe, artystycznie uzdolnione, czytały w wieku 3 lat a mówiły od 6 miesiąca, to ja już zawsze będę walczyć z poczuciem winy, że wtedy się na to zdecydowałam.

Skończył się semestr, odebrałam ocenę i jest znowu to samo. Przyrzekałam sobie, że będę z nią więcej pracować, ale jej opór i moje własne lenistwo jakoś nam tu zawsze zawadzają.

A Fatalna nie przestaje wieszczyć Armaggedonu zepsucia i prożności w stylu Disney XD.

I ja też się tego obawiam.

Tagi: wychowanie
12:59, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (8) »
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin