Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
wtorek, 29 listopada 2011

Czy poród może być interesujący?

Mój był. Fascynował mnie do tego stopnia, że czasem zapominałam, że rodzę.

Był też całkiem zabawny. A było to tak:

Zaplanowałam, że urodzę w sobotę, 19 listopada. Fatalna co prawda namawiała, żeby poczekać jeszcze trzy dni do jej urodzin, ale nie ma tak dobrze. Sobota była idealna z wielu względów. Po pierwsze była już, a ja mialam dość czekania. Po drugie na dyżurze była moja lekarka. Po trzecie umowiłam się z położną, na badanie i być może czary mary. Po czwarte Korporacyjny tkwił w domu. Po piąte Fatalna miała czas i można było upchnąć jej córkę. Same plusy.

Zatem od piątku podskakiwałam jak wielkanocny zajączek. Zrobiłam uczciwą serię ćwiczeń pilatesu, porozciągałam się na drążku, wzięłam raz i drugi ciepłą kąpiel a po niej parę przysiadów i skłonów. Dobiłam solidną porcją herbaty z liści malin i paroma kapsułkami oleju z wiesiołka.

W sobote nad ranem obudziły mnie skurcze. Nie bardzo bolesne ale dość konkretne. Z braku doświadczenia nie potrafiłam jednak ich zidentyfikować, postanowiłam kierować się brykiem ze szkoly rodzenia i wlazłam w ciepłą kąpiel. Nie przeszło, czyli jakby to już. Nie widziałam jednak powodu do budzenia KM, wróciłam do łóżka i przycięłam sobie jeszcze komara w akompaniamencie jego dźwięcznego chrapania.

Rano do małżeńskiej sypialni zgłosiła się córka z licznymi pretensjami do życia i skurcze odeszły w siną dal. Byłam lekko przybita tym faktem. Tak czy inaczej pozostawała mi jeszcze wieczorna wizyta w szpitalu u mojej położnej. Postanowilismy więc odprowadzić Jedynkę do babci piechotą. Tym sposobem zaliczyłam przed porodem jeszcze 4-kilometrowy spacer.

Do szpitala chciałam zabrać walizkę. A nuż się uda. KM pękł ze śmiechu. Kobieto, przecież nic Ci nie jest! - stwierdził cynicznie, ale spasował i walizkę zapakował pod warunkiem, że się do tego nie przyznam położnej.

Byliśmy umówieni o 18.00. Z położną poszłyśmy ocenić sytuację koło 18.15. W gabinecie momentalnie odeszły mi wody a P. oświadczyła, że porod zaczął się rano a teraz to już wszystko jest w blokach startowych, gotowe do odpalenia. Wyszłyśmy na korytarz i P. zapytała: Korporacyjny, mam nadzieję, że macie rzeczy, bo idziecie rodzić?

Mina KM bezcenna.

Zaznaczam, że poza porankiem do tego momentu nic mnie nie bolało. Szpital był pustawy, wjechałam na blok, do nowej sali porodowej, poinstruowałam małżonka co gdzie jest w walizce, wzbudzając jego totalną konsternację i chyba podziw, bo cichutko wypełniał wszystkie polecenia, plując sobie w brodę, że nie wziął kamery i aparatu ale na powrót do domu nie było czasu, bo:

W koncu dostałam skurczy. I to kosmicznych. Dośc powiedzieć, że w trzy godziny przeszłam od stanu zamkniętej szyjki do II fazy. W tym czasie zdażyłam jeszcze wziąć kąpiel, prawie zemdleć i wstrzelić się w moment odpowiedni do znieczulenia. I tak naprawdę wcale nie cierpiałam. Podzieliłam się na dwie kobiety - jedną wstrząsaną skurczami (reagowałam dygotem całego ciała, ale to podobno normalne) i drugą patrzącą na to z boku. Zła patrząca z boku skręcała sie w środku ze śmiechu na widok Korporacyjnego w eleganckich sztybletach i dżinsach Hilfigera (bo przecież on nie jechał do porodu) wycierającego krew, robiącego kąpiel, podającego koszule i skarpetki, mierzącego skurcze i z przejęciem wpatrzonego w aparaturę do ktg. Zła patrząca z boku zarejestrowała, że anestezjolog jest niezłym ciachem. Z satysfakcją oceniała własne postępy i porównywała rzeczywistość z przeczytanymi i zasłyszanymi opowieściami i przyswojoną na szkole rodzenia teorią. Z fascynacją obserwowała jak ciało daje sobie radę z takim wyzwaniem.

W tym samym czasie Zła zamieniona w pierwotne zwierzątko pracowicie rodziła, pomagając sobie kurwą macią i miażdżeniem ręki KM. Czułam się jak sprawna maszyna, naoliwiona gdzie trzeba, rozpędzona i nie do zatrzymania.  W ostatniej fazie nie moglam trochę złapać synchronizacji skurczy i parcia, zaczęłam się rozklejać ale na to wpadła moja lekarka i wspólnie z położną weszły mi na ambicję (rodzisz jak po raz piąty, nie pierwszy, dajesz radę) przydusiły lekko i o 22.20 było po wszystkim.

Kiedy położyły mi małego na brzuchu nagle, jak za pstryknięciem włącznika, zaczęłam normalnie myśleć.

Lekarka i położna wspólnie orzekły, że to był zadziwiająco sprawny i ekspresowy poród. Skromnie (to sarkazm, Zła nie bywa skromna) wspomniałam o starannym dbaniu o formę przez całą ciążę, na co panie odrzekły zgodnie:

- Na nic by ci była forma bez motywacji.

I może to jest właśnie kluczowe. Motywacja. Bo wszystko było tak jak sobie wyobrażałam. I tak na dobrą sprawę nie pamiętam w ogóle bólu.

Upierdliwie było później na oddziale ale to już inna historia.

czwartek, 24 listopada 2011

Pamiętacie więzienny eksperyment doktora Zimbardo? Tacy sami studenci - jedni w roli więźniów, drudzy strażników. I tajemnica ludzkiego charakteru - dlaczego władza tak nas wypacza?
Szpitalny oddział położniczy ma w sobie coś z doświadczenia Zimbardo.
Są tu same kobiety, personel w tej specjalizacji od salowych po lekarzy to panie. O pacjentki.
Te pierwsze odprasowane, umalowane, uczesane. Te drugie wymięte, blade, rozchełstane. Mają wspólną ksywę - mamusie. Mamusia przyjdzie, poda, przywiezie dzidziusia, weźmie żelazo, zdejmie majtki. Niewyspane ofiary nowoczesnego systemu rooming- in nie mogą nawet zejsc po gazetę do kiosku. Nie masz męża na stanie? Jesteś praktycznie uwięziona, twoimi kratami jest plastikowe korytko z noworodkiem w kolorowym kocyku. Strażniczkami kobiety w białych fartuchach.
PS. Pediatra bez skrępowania oznajmiła Korporacyjnemu, ze z kobietą po porodzie nie da się rozmawiać i ewentualne konsekwencje wypisu na żądanie wyjaśni tylko jemu.
PS. Moje myśli obsesyjnie krążą wokół szarej jedwabno-dzianinowej sukienki, która wisi w szafie od zeszłej jesieni. Z takim biustem jak teraz mam powinna wygladac genialnie. Nie rozwiązałam co prawda problemu karmienia w niej, ale co się wykombinuje. I dżinsy. Moje ukochane granatowe dżinsy. Już do Was jadę!

10:57, very_bad_mother
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 listopada 2011

Poród był interesujący ale potrzebuję spokoju, zeby go zrelacjonować. Tymczasem siedzę w szpitalu. Muszę się jakoś rozerwać. Robię zatem obserwacje społeczne.
Mam szczęście do ciekawych współlokatorek :)
Poprzednio leżałam z koczowniczką. Babka miała chyba pół domu ze sobą, plus kolekcja słoików po mleku do dokarmiania (przydadzą się na przyprawy). Cały kaloryfer zajmowały jej gacie ubrudzone rywanolem, którym płukała zakażoną ranę po cc. Odwiedzały ją same ciotki dobra rada i z każdą wizytą koczowniczka zawijala lub odwijala syna z becika. Trzecia z kolei ciotka kazała owinąć  rożek bandazem, słowem zrobić małego na sztywno. I ta poleciała do dyżurki po bandaz. Nie umiała karmić, chociaż była jedyną, do której przychodziła położna laktacyjna.Twierdziła, ze ból jest nie do zniesienia i przystawiajac dziecko darła się i wiła jak żywy homar na patelni. Jej brak organizacji stał się legendą naszą rodzinną. Za każdym razem jak ktoś się grzebie - mówimy a pamiętasz koczowniczkę i pokładamy się ze śmiechu.
Teraz zaś trafiłam na gatunek, o którym zdarzało mi się tylko czytać.
Matka ultrakatolicka. Mało rozmawiamy. Instynktownie wyczuwamy przepaść kulturową i nie dotykamy tematów pozaszpitalnych. Materiał do badań socjologicznych zbieram słuchając jej telefonów do domu.
Tak więc wiem już, że ultra ma w sumie 4 dzieci. Nie pracuje, gdyż studiuje i wychowuje. Dzieci uczy w domu. Rodzi je zawsze w tym samym szpitalu w 35 tygodniu ciąży. Jest chuda i niezbyt zdewastowana porodami (może dlatego, że 2.5 kg z obwodem głowy o połowę mniejszym niż normalnie łatwiej wychodzi). Czyta "Terapię reparatywną męskiego homoseksualizmu. Nowoczesne podejście". Odracza dzieciom szczepienie.
Mąż był u niej raz. Korporacyjny dla porównania został zmuszony do wzięcia urlopu i jak zbyt się ociąga z przewiezieniem świeżych skarpet, jest opierdalany bez mydła. Ultra nie skarży się, siedzi z wczesniakiem od tygodnia i mówi do męża: już późno - nie przyjeżdżaj mareczku. Szczytem humoru jest u niej deklaracja, że piąte urodzi cc.
A i na dekolcie ultra ma fluorescencyjny różaniec. Świeci sobie do nocnego karmienia?
Kiedy okazało się że muszę zostać oznajmiłam to KM gęsto pomagając sobie kurwą macią. Spojrzałam potem na ultra pilnie zajętą karmieniem i udającą, że się słyszy. I wiecie co? ? Zrobiło mi się jakoś głupio.

22:03, very_bad_mother
Link Komentarze (9) »

Miało być śmiesznie. Już zaczęłam pisać opowiastkę o współlokatorce z pokoju, gdy dowiedziałam się, ze muszę zostać z młodym jeszcze co najmniej dwa dni na naswietlaniu. To bardzo źle, gdyż:
Zła cierpi na ostry zespół fobii szpitalnej.
W szpitalu zamienia się w zwierzę. Dzikie, zmierzwione, łypiące dookoła przekrwionym okiem w poszukiwaniu potencjalnych wrogów. Zamknięte w klatce.
Duszę się.
Nie umiem być matką w szpitalu. Tu włącza mi się wyłącznie instynkt ucieczki.

13:50, very_bad_mother
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Miało być w sobotę? To było w sobotę.
Zła lubi dobrą organizację.
Umówiła się z położną na badanie wieczorem, przybyła i urodziła.
Bez wywoływania. Wszystko było już gotowe i czekało na sygnał.
Poród od przyjazdu na izbę do przyjścia na świat młodego trwał 4 godz.
Szczegóły wkrótce. Stay tuned.

23:41, very_bad_mother
Link Komentarze (20) »
sobota, 19 listopada 2011

W nocy miałam regularne skurcze. Kąpałam się, nie przeszły, przysnęłam nawet mimo chrapania KM i o 8.00 obudził mnie kolejny skurcz. Gniłam sobie w łóżku i całkiem się cieszyłam. A potem moja rodzinka wstała. Tatunio z córunią pokłócili się nad płatkami (nie te co trzeba). Córunia odmówiła wyjścia na zajęcia. Wyjścia do babci. Małe śniadanie dwóch osób wygenerowała górę brudnych garów. Kot rozdarł ryja.

I wszystko z powrotem zawiązało się na supeł.

I znowu chce mi się ryczeć.

11:13, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 listopada 2011

U mnie zawsze wszystko do góry nogami.

Właśnie zaliczam depresję przedporodową. Ryczę. Czarnowidzę. Źle mi.

Podsumowałam sobie dolegliwości, które ominęły mnie w ciąży. Zapomniałam o jednym. O syndromie korporacyjnej żony.

Całą ciążę byłam sama. Sama kiedy zmieniłam pracę w 5 miesiącu. Sama ze starszym dzieckiem. sama kiedy zbierałam wiadomości i dokonywałam wyborów. Sama u lekarza. Sama kiedy nagle we wrześniu wybuchł sezon na wirusy i zachorowali wszyscy - Zła, Młoda, Babcia, Dziadek, Bratowa, jej dzieci i ich niania.

Korporacyjny obejrzał badania usg. 3 na 10. Odwiedził szkołę rodzenia 2 razy i raz spotkał się z położną (nie przestawał wpatrywac sie w telefon, aż miałam ochotę go strzelić w ucho). W kwestii wspólnego porodu łaskawie oznajmił, że nie wie czy da radę, ale się postara.

Kiedy chodziłam do pracy status "sama" nie doskwierał mi tak bardzo. Odkąd jestem na zwolnieniu rozgoryczenie zaczyna brać górę.

Służbowe wyjścia doskwierają mi dwa razy bardziej. Delegacja zza granicy wkurza mnie dwa razy bardziej. Próby pobłażliwego zbycia moich wątpliwości boli mnie dwa razy bardziej. Kopanie dziecka wkurza mnie dwa razy mocniej. Może powinnam się też przyznać, że kopanie płodu i skąpe uściski Młodej to najczęstszy dotyk, jakiego doświadczam?

Chciałam zajść w ciążę. Ale w nią nie wrobiłam mojego męża. Na fali wznoszącej zapomniałam jak potrafi wyglądać nasze życie. A teraz wizja obciążenia kolejnym dzieckiem wpędza mnie w czarną dziurę. Buty dwa razy, dentysta podwójnie, szkoła - przedszkole, zebrania, lekarze, szczepienia. Bez świadomości, że w razie potrzeby ktoś będzie obok. Bo może będzie a może nie.

Nawet mojej Fatalnej Matce i Wiecznie Nieobecnemu ojcu zrobiło się mnie żal. Nie ustają w zapewnieniach, że mogę na nich liczyć. Lubicie jak ktoś się nad wami lituje? Ja nienawidzę.

Na dodatek ponad wszystko chciałabym mieć już poród za sobą. Z nim czy bez niego. Najwyżej pozwolę się pociąć. Chyba mi już wszystko jedno. W końcu i tak jestem Bardzo Złą Matką.

21:10, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (8) »

Ela pyta - Zła odpowiada.

Dlaczego chcę wywołać poród naturalnie?

Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że wywoływanie oksytocyną lub przebiciem pęcherza płodowego w wielu przypadkach kończy sie to komplikacjami a nawet cc. Przebijanie zachwalała Fatalna. Ale jednak nie powiązała tego z krwotokiem i łyżeczkowaniem, które nastąpiło dzień po porodzie i podarowało jej ostrą anemię.

Miałaś Elu fuksa, że wyszło szybko i skutecznie.

O możliwych skutkach wczesnego podania oksy i wykonania amniotomii - Fundacja Rodzić po Ludzku

 

Tagi: poród
20:28, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (2) »
środa, 16 listopada 2011

No to doigrał się mój syn.

Termin liczony według bliżej nikomu nieznanych algorytmów aparatu usg przesunał się na koniec listopada.

Dziecko już teraz waży 3,5 kg. Zła nie zmieniła wagi od trzech miesięcy. Wniosek - jego jest coraz więcej a mnie coraz mniej.

Niniejszym wymawiam obywatelowi lokal. Dziękujemy za wspólne 9 miesięcy i za wybranie linii lotniczych Bardzo Zła Matka.

Kobiety w sieci polecają sobie różne wiedźmie sposoby na wywołanie porodu. No to hokus pokus:

- herbata z liści malin - dooopa - piję od trzech tygodni w końskiej dawce. Wg mojej położnej pomaga jedynie na zmiękczenie szyjki macicy.

- olej z wiesiołka - łykam od czterech tygodni. Jak wyżej.

- sprzątanie - not working.

- wieszanie firanek i mycie okien - dzisiaj była pierwsza próba - zmiana w dwóch pokojach, jak nie wystarczy został jeszcze salon. Na mycie okien trochę zimno ale może się ogacę i spróbuję?

- masaż brzucha pod prysznicem - noż kurna prysznic mi nawalił - ale może skoczę do Fatalnej?

- masaż cycków - przereklamowane - ponoć wytowrzenie wystarczającej ilości naturalnej oksytocyny wymagałoby trzech godzin nieprzerwanej stymulacji.

- skakanie na piłce - mam! mam! pożyczyłam sprzęt rehabilitacyjny Wiecznie Nieobecnego :-)

- ćwiczenie mięśni Kegla - tak twierdzi moja instruktorka fitnesu.

- wizyta teściowej - .......... albo teściowa się uspokoiła, albo była za krótko, albo ja się uodporniłam. Była w weekend i nie zadziałało. Ale właściwie... podobny poziom wkurwogenności ma Szalona Babcia. Może czas wezwać ją na pomoc? Przestawi mi gary w kuchni, ugotuje zupę z dyni, trafi mnie szlag, od zupy zacznę rzygać - poród murowany.

- rycyna - tego nie spróbuję - podobno wywołuje silne skurcze ale jest toksyczna dla dziecka

- olejek z szałwi - ponoć mocna rzecz, ale gdzie to kupić?

- chodzenie po schodach - nie wydaje mi się zbyt skuteczne dla kogoś, kto przemierza swoja wieś na piechotę, gania na gimnastykę, ćwiczy w domu - ponadto jedna z koleżanek w pracy skutecznie obrzydzila mi tą metodę - podobno latała po szpitalnych schodach cały dzień juz w trakcie porodu i nawet jej się nie powiększyło rozwarcie. 

- seks - bardzo skuteczne ale wymaga drugiej strony. Niestety korporację odwiedza delegacja z zagranicy.

- jeżdżenie samochodem po wertepach - oddajcie mi samochód!!! (no cóż, używanego przeze mnie rzęcha oddaliśmy teściowej, a tak pięknie podskakiwał na naszych niewyasfaltowanych uliczkach)

Jak znacie - podrzućcie coś jeszcze. Za porady w stylu "Po co przyspieszać, jak będzie czas, to sam wyjdzie" - dziękujemy. W sobotę moja lekarka ma dyżur - celujemy w sobotę.

czwartek, 10 listopada 2011

Już ponad dwa tygodnie na zwolnieniu. W pracy zaczyna kuleć, widzę, że zostawiony na gospodarstwie narybek "nie dowozi". Zastanawiam się jakie to może mieć konsekwencje dla mnie. Żeby nie myśleć o robocie i o porodzie rozrabiam po domu jak młody diabeł tasmański.

Zaczeło się od skręcania przewijaka. Potem nastapiło sprzątanie ale jak Zła sprząta to z przytupem - do śmieci lecą tony "śmieci" (niektóre po upłynięciu odpowiedniego czasu okazują się potrzebne, ale to se ne vrati - zostało wspomnienie), ciuchy są oddawane pod wpływem implusu (tak jak zostały zakupione) a pająki spieprzają w ostatnią dziurę za kredensem (nie na długo kochane, wkrótce Zła odsunie także kredens). Posprzatane są buty w szafach, szaliki w pudełkach, przybory plastyczne, książki na półce, serwetki i obrusy.

Umyte są okna, wyprane poduszki, przesadzone kwiatki, dziecięce rzeczy czekają w wygospodarowanych szufladach. KM z pistoletem przy skroni przemeblował sypialnię i skręcił łożeczko.

Roztocza ogłosiły stan wyjątkowy i budują Arkę Noego, gdyż w ciągu pięciu lat egzystencji na meblach Złej nie przyżyły tylu ataków ścierką od kurzu co w ostatnim tygodniu.

Po kilku podróżach do sklepów (przy wybieraniu pościeli wymiękła Fatalna Matka słynna z rekordów czasu spędzonego wśród wieszaków i półek) Zła nabyła wyprawkę. Lwią jej część stanowiły koszule i szlafroczki, tudzież rozpinane przytulne swetry, w których Zła ma zamiar spędzać rozkoszne chwile z potomkiem na świeżo wypranym fotelu a także wygodne buty na spacery z wózkiem. Dziecko też się na parę rzeczy załapało.

No dobra w planowaniu wyprawek niemowlęcych Zła nie jest zbyt dobra. Ale kocyki ma. Z pięć nie licząc tego żółtego, który wyszarpała miśkowi Jedynki spod tyłka.

A po tym wszystkim Zła posprzatała jeszcze raz przed najazdem agentów nieruchomości, których zatrudniła do znalezienia nabywcy godnego jej ulubionego mieszkania.

A teraz siedzi i myśli co by tu jeszcze posprzatać.

Czy wszystkim tak odwala przed porodem?

(no dobra, w ostateczności pójdę wstawić pranie)

15:56, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin