Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011

To pytanie zadaje sobie każda kobieta, która coś urodziła.

Istnieje nawet na świecie ruch złych matek, "Bad Mothers", są strony takie jak http://www.badmothersanonymous.com/, gdzie można złożyć wirtualną oczyszczającą samokrytykę jak w klubie AA.

Polski portal http://www.kafeteria.pl/ twierdzi, że złe matki...

....nie wyparzają butelek. Nie prasują ubranek. Nie gotują wody na kąpiel. Bywa, że nie słuchają gaworzenia bobasa, bo siedzą przed komputerem i czytają plotki. Czasem mają ochotę udusić swoje dziecko i w dodatku przyznają się do tego! Z przekąsem mówią o sobie „wyrodne matki”. Aktywny ruch nazwany Bad Mothers głosi prawdę o macierzyństwie, przeciwstawiając się dyktatowi kolorowych magazynów, promujących idealną wizję macierzyństwa usłanego różami.

Doszłam do wniosku, że albo nadużywam nazwy Zła Matka, albo wszyscy dookoła się mylą.

Jako urodzona egoistka jestem zwolenniczką tej drugiej opcji. Wiecie dlaczego?

Opisane na kafeterii złe matkowanie to zwykły trend. Jest trend na ekomatki (orzechy, pieluchy wielorazowe, kąpiele w mleku z cycka itp.), jest trend na rodzicielstwo bliskości (attachment parenting - totalny odlot) i jest trend na bycie anty-trend.

Nie jest prawdą o macierzyństwie to, co pisze F jak frustratka i nie jest prawdą to, co ćwierkają przeróżne ustrojone brokatowymi misiami blogi o "kochanych aniołkach".

Wyparzałam butelki. W garnku do gotowania na parze, aż kompletnie zmatowiały. Myłam smoczek. Używałam pieluch wielorazowych firmy pampers bo na inne młoda reagowała wysypką. Nosiłam gówniarę na rekach aż mi odpadały, bywało że ryczałam z nią do spółki kiedy siadały mi sensory, samochodem nawet na weekend wiozłam cały osprzęt plus aptekę. Przy drugim zapewne uprościmy procedury, co jest absolutnie naturalne, człowiek się uczy na błędach.

Byłam zwykłą, młodą kobietą, której urodziło się dziecko i która próbuje mu dać to, co potrafi najlepszego.

Nie zagłaskałam młodej na śmierć. Wcale nie. Usiłowałam tylko wychować ją tak, by nie była do mnie podobna. Ze wszystkich sił pragnęłam, żeby nie była smutna, wyizolowana, z trudem nawiązująca znajomości, ciężko przeżywająca każdą pierdołę, zakompleksiona, nie umiejąca biegać, pozbawiona obecności ojca ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Co zrobiłam? Od 2 roku życia ciągałam ją po klubikach i placach zabaw – do dzieci. Wszędzie chodziła z nami – relacje międzyludzkie. Jeździliśmy z nią po Polsce i po świecie – poszerzanie horyzontów. Od przedszkola chodziła na zajęcia, śpiewy, tańce, muzykę – rozwijanie zainteresowań. Próbowałam oddać ją do żłobka – tu zareagowała zdecydowanie somatycznie, ze strachu odpuściłam. Przedszkole bez żadnych odroczeń, chociaż była babcia pod ręką. Ona wyła, ja wyłam zaraz za drzwiami, ale zostawiałam. Wszystko dla lepszej zaradności, pewności siebie, łatwości nawiązywania kontaktów. Wyrzucaliśmy z siebie przepisowe pochwały dla osiągnięć, jednocześnie wciąż nakłaniając do kolejnych starań. Ja za PRL miałam nieustanny deficyt ładnych ubrań i zabawek. Dla Młodej sprowadzałam zabawki z Kanady, na zagranicznych szkoleniach odpuszczałam lunch i biegłam do Toys’R”Us, kupowałam Fisher price’y, których nie było w Polsce. Mój ojciec, po nieudanym ojcostwie odnalazł się w „świadomym dziadostwie” i zwoził sukienki i ciuszki z Oxford Street. Opiekę dzieliłam z KM, kiedy bywał bezrobotny, całkiem przejmował pałeczkę.

Ależ gówniara musi być rozpuszczona pomyślicie. Otóż nie. Jednocześnie stosowałam dyscyplinę. Żeby sprostać zasadom, które sama wyznaczałam, musiałam w sztywnym rygorze ustawiać także siebie. Im dalej w las, tym bardziej zaczynało mi brakować konsekwencji. I sił.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że prowadzę przez życie dziecko bez ambicji. Bez pragnień. Nie minęło wiele czasu a usłyszałam słowa, które mnie, obciążoną rodzinnie smutkiem, załamały. „Nie chce mi się żyć”.

Jestem złą matką, bo nie uchroniłam mojej córki przed złym dziedzictwem. Bo nie znalazłam w sobie instynktu dość silnego by kierować się miłością i rozsądkiem. Zaprosiłam dziecko do świata zwichrowanych, skrzywdzonych dorosłych, uczących się żyć na nowo.

W końcu doszłam do względnej równowagi. Jaką cenę zapłaciłaś za to córeczko? Czy wciąż jeszcze mamy czas by to wyprostować?

środa, 29 czerwca 2011

Jestem uczulona na pracę, serio!!!

Dwa razy w tym roku chorowałam na zatoki, na urlopie mi cudownie przeszło a teraz z każdym dniem coraz więcej kicham, smarkam i kaszlę. No co to jest jak nie reakcja alergiczna na otoczenie biurowe?

Czy jest taka jednostka chorobowa? Zasiłki? Poproszę!

A tak na serio, serio to może być niestety reakcja na ściany przesiąknięte dymem papierosowym. I tu już pozostaje się tylko zastrzelić.

A ty zejdź z mojego pęcherza ty 15-centymetrowy embrionie!!! Dżizas, ja to mam przesrane...

Moja matka jest typem samoumartwiacza*. Usadowiona całkiem wygodnie w domeczku z ogródkiem na wcześniejszej emeryturze zawsze znajdzie dowód na złośliwość świata. Złośliwy świat objawia się różnorako. W mężu nadaktywnym wciąż zawodowo, w ukraińskiej ekipie remontowej u sąsiadów, w sąsiednim domu otynkowanym na czarno (mnie też odrobinę zbulwersował przyznam), w robotnikach, którzy schrzanili jej płytki na tarasie etc.

Matka fatalna po 10 latach narzekania na w/w płytki postanowiła zrobić z tym porządek. Samodzielnie. Osobiście skuła płytki, położyła na nowo a teraz fuguje. Przy czym wszyscy doookoła juz wiemy, jak ją te płytki wykończyły. Jak fatalnie były położone. Oraz, że ona tu żadnego bęcwała już nie wpuści, żeby znów wszystko skopał. A tak wogóle to boli ją kręgosłup. I kciuk. No wiecie ten co sie 3 lata temu obluzował i teraz już nie trzyma w stawie. I czajnik jej przez to wypada z ręki. No patrz, przecież ja tego nie mogę ukroić przez ten kciuk. I obojczyk mi wysiada, no i łokieć. Wysłałaś mi to podanie o sanatorium? No tak, to pewnie ze dwa lata, zanim dostanę. A ojciec nie chce jechac, wiesz? Wstydzi się, mówi, że nie jest taki stary jeszcze. A płytki i tak muszę sama robić.

Kochana mateczka. 10 lat mi zajęło, żeby zrozumieć, że można umyć podłogę dookoła bez podnoszenia gazety, że zmiędolenie jest stanem naturalnym narzuty na kanapie, a podłogę należy odkurzać dopiero, kiedy kurz widać gołym okiem a nie przez lupę. 8 lat zajęło mi przyswojenie, że współmałżonek też nadaje się do robienia zakupów i wieszania prania, a jak powiesi koszulki krzywo, to takie będzie nosił. Że pralnie mają usługę prasowania. Że dziurawe majtki należy wywalić a nie trzymać na szmatki do kurzu.

Kochana mateczka.

Wieczna, dobrowolna męczennica.

11:10, very_bad_mother
Link Komentarze (4) »
wtorek, 28 czerwca 2011

Bo tego dziś potrzebuję.

Tagi: praca
14:42, very_bad_mother
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 czerwca 2011

Ze zdumieniem odkrywam, że parę osób za mną tęskniło.

Witajcie zatem ponownie serdecznie.

No dobra, prezes ucałowany, Excel mnie zmęczył, to teraz ja Was pomęczę.

Swoją drogą, co to za zwyczaj, żeby cmokać wszystkich po trzy razy? Dlaczego po 7 godzinach siedzenia w biurze mam się zastanawiac nerwowo, czy aby dezodorant "jeszcze trzyma" i żałowac, że pochłonęłam kanapkę z wonnym pasztecikiem? Brrrr.... Zapominamy, zapominamy...

Jako że opisywałam ostatnio wyrafinowane metody tortur jakie stosuję wobec latorośli, śpieszę donieść, co było dalej.

Dziecię grzeczne było nadzwyczaj dopóki trwała deprywacja. Po odwieszeniu kary zapadło się w kanapę przezd TV i już pierwszego dnia zeżarło cichcem paczuszkę żelków (nie kupiłam!!! zdobyczne, z urodzin koleżanki!). Pogrążyłam się w niewesołych myślach. Ewidentnie TV i cukier szkodzą jej na równowagę psychiczną. Szybciej wchodzi na wysokie tony, ma mniej samokontroli, wali w nas bez zastanowienia.

Przy okazji wyjazdu odkryłam też kolejny swój błąd wychowawczy.

Na weekend zamówiłam agroturystykę. Taki pensjonat na zadupiu znaczy się. Dziecię w dniu wyjazdu, który był także ostatnim dniem szkoły odkryło, że wyjeżdża (no roztragniona jest trochę, co?) Przeprowadziło więc wywiad:

Dziecię - Co to za hotel?

Ja - Nie hotel - pensjonat.

D - Ale ile ma gwiazdek?

Ja - W ogóle nie ma.

D. - Jak to? (podejrzliwie) A basen jest?

Ja - Nie ma. Wrzucę cię do strumyka po drodze.

D - COOOOO? Czy my nie możemy normalnie polecieć na wakacje, gdzieś za granicę do hotelu z basenem????

Ja - (zbieram szczekę z podłogi).....?????

Tak się faktycznie przypadkiem złozyło, że ostatnio wolne weekendy spędzaliśmy w hotelach, w Polsce co prawda, ale basen uznawałam za czynnik sine qua non - jako dodatkową atrakcję i mozliwość relaksu. Dziecię uznało, że 4 gwiazdki plus basen należy sie jak psu buda. No i masz. Zanim się obejrzałam zadzwoniła do babci, ze łzami w oczach skarżąc się na bezduszność matki, która wywozi ją do zwykłej kwatery i to nawet nie nad morzem!!!

Po kilku niemiłych chwilach (dziecię chlipie do słuchawki, ja wrzucam szmaty na oślep do walizki) zdecydowałyśmy, że jednak pojedzie. Ewidentnie nam na złość marudziła po drodze a nawet zdołala sie porzygać.

Na miejscu okazało się, że pies, koty, drewniany domek, płytki strumyk + dwie inne dziewczynki w podobnym wieku są równie dobre, jak nie lepsze, od tropikalnego hotelu z basenem pod palmami.

Na końcu języka miałam "A nie mówiłam?!"

No dobra przyznaję się. Powiedziałam to na głos.

PS. Gdyby ktoś chciał fajną kwaterę w południowo-wschodnim narożniku Polski, to mogę dać namiar.

16:26, very_bad_mother
Link Komentarze (7) »

O żesz to w dupę kopane!!!

Przyleciała biurowa królowa, zarządziła zrzutke na prezent dla prezesa. No nie. Nie dosyć, że wyzyskuje mnie kapitalista, to jeszcze mam mu prezenciki sponsorować?

Mnie nikt z biura nie kupuje prezentów na urodziny. Co prawda z zasady nie przyznaję się, kiedy wypada ta okazja, bo stanie w krępującej ciszy i grzwebanie widelczykiem w talerzyku w biurowej kuchni uważam za paranoję.

No powiedzcie, nie dosyć, że sobie tu dupę odgniatam, to jeszcze mam symulować wzmożone relacje międzyludzkie?!! No niedoczekanie...

Tagi: praca
13:36, very_bad_mother
Link Komentarze (3) »

Wróciłam. Byłam daleko, wlazłam wysoko.

A teraz cierpię, bo plecy odwykły mi od biurowego krzesełka. Kto wymyślił to cholerne narzędzie tortur?

Czasowa izolacja od własnej chałupy przynosi najczęściej gejzery pomysłów i hekotlitry inspiracji. Zdarza się, że nie śpię w nocy, przewracając się po całkiem wygodnym, wynajętym łóżku dręczona gonitwą myśli - zmiany, nowe idee, przemeblowania, i takie tam, wirują mi pod czaszką jak szalone.

A potem wracam.

Wrzucam pranie.

Odkurzam.

Idę do pracy.

Zasypiam zmęczona bardziej niż po całym dniu na szlaku.

Zapominam.

12:50, very_bad_mother
Link Komentarze (4) »
czwartek, 16 czerwca 2011

Tak, skończyło się. KM wyjeżdża służbowo i tradycyjnie obudował się murem obronnym, dorzucając jeszcze fosę chłodu emocjonalnego dla pewności.  

W autobusie rano łykałam łzy. Nic takiego się nie stało. Po prostu odszedł. Kiedyś wróci.

Dlaczego nikt nie uprzedza dziewczynek, że "żyli długo i szczęśliwie" może być tak trudne?

09:21, very_bad_mother
Link Komentarze (2) »
środa, 15 czerwca 2011

Kurde no, znowu wlazłam na to głupie forum dla kobiet w ciąży i znów mam wyrzuty sumienia! A bo nie zrobiłam testu PAPPA, a na połówkowe USG nie jestem jeszcze umówiona. I nie mam żadnego zdjęcia brzucha!

Aj, zaraz, ja nawet nie lubię swojego brzucha. A taka np. wuika wpada w zachwyt:

"U mnie jest przewspaniały! W ogóle nie rozchodzi się do boków, idzie do przodu, co prawda cały od góry do dołu (a miałam nadzieję na piłeczkę, no wink ), ale jest i tak boski big_grin"
 
O rany...
 
Przybyl do mnie natomiast wspominany już detektor tętna płodu. Wbrew czarnowidzeniu ciężarnych z forum, nauka jego obsługi zabrała mi 10 min. Na początku faktycznie wyłapałam swoje własne tętno. Potem przypomniało mi się, że potomka według opinii lekarki mam bardzo nisko. I dorwałam drania. Następnym razem doszłam już do wprawy, dałam posłuchać pozostałym członkom rodziny, urządzenie może nie wzbudziło zachwytu ale wszyscy są zadowoleni. KM co prawda chciał się tym dźwiękiem usypiać i był rozczarowany, że czas użycia jest ograniczony do 7 min. (ze względów bezpieczeństwa).
 
Dla wątpiących: tętno kobiety w ciąży wynosi ok. 70-80, tętno płodu 130-146 (na podst. wikipedii, wyników usg potomka i własnych pomiarów). Pomylić ich nie sposób. Wyłapanie równego rytmu serca dziecka wymaga spokojnego odczekania 2-3 min. zanim urządzenie zmierzy tętno. I tyle.

Robotę mam biurową i w sumie nieciężką. Napisać, sprawdzić, przetłumaczyć, zadzwonić, posegregowac papierki. Ze wszystkich umiejętności nabytych na trzech kierunkach studiow przydaje mi się tylko robienie mądrej miny, kiedy ktoś pierdoli głupoty.

W biurze byłoby sennie i miło gdyby nie M.  

M. zasługuje na współczucie. Ze wszech miar. Cierpi na nieuleczalną chorobę, jest samotna, w średnim wieku, bezdzietna, mieszka z kotem. O czym poinformowała mnie zaraz drugiego dnia mojej pracy w biurze. W firmie pisze kwity po angielsku, który zna w wersji szkolnej.

M. wkurza mnie straszliwie.

Kiedyś M. chciała się ze mną przyjaźnić. Stawiała mnie w niewyobrażalnie niezręcznej sytuacji. Bo ja nie chciałam. M. miewała ataki i gorsze dni. Wtedy musiałam ją zastąpić. Nieprzewidywalność ilości i czasu trwania zastępstw wkurwiła mnie wreszcie do tego stopnia, że odstawiłam M. na bok stanowczym ruchem buta.

Potem w biurze pojawiła się M2. Wulgarna i opryskliwa, sfrustrowana spadkiem z wysoka wprost w nasze senne bagienko. Obarczono ją sprawdzaniem kwitów M. I M2 zmieszała ją z błotem bez żenady.

A M. odstawiła cyrk. Najpierw wszystkim szeptem i po cichu skarżyła się na brutalność M2. Potem pytała mnie o radę. Wku..wiłam się, w końcu nie mój cyrk i nie moje małpy. Głęboko oddychając doradziłam, żeby sobie szczerze porozmawiały.

Nie o taką rade chodziło M. Powinnam była się ulitować, kiwać głową ze zrozumieniem i obrzucić M2 błotem aż zacznie przypominać pierwotną rzeźbę z gliny. M. ruszyła ze swoim żalem dalej. Aż dotarla do prezesa.

Prezes zatrudniając M. realizował bliżej mi nieznany plan szerzenia dobra na świecie zatem nakazał M2 odwalić się. M2 się odwaliła i na tyle na ile mogła oddelegowała obowiązek kontroli M. na mnie.

Co oznacza, że nie mogę sobie pójśc na zwolnienie, dłuższy urlop czy cokolwiek, bo musze warować, czy aby M nie poczuje się gorzej, albo M2 odwołają pilnie do wyższych spraw a ja będę się przedzierać przez krzaki angielskich kwitów M. aż mnie zęby rozbolą.

A co ty tam piszesz? - zapytała własnie M. A co ją to do cholery obchodzi? Aaaa, bo może jej podkradam pracę... Generalnie wygląda na to, że M zbliża się do okresu niedyspozycji, kiedy to o 4 rano obudzi mnie SMS - Czy zajmiesz się kwitami, bo ja jestem na izbie przyjęć. M powtórzy tą prośbe o 6-tej a potem upewni się czy przyszłam do biura i robię. W biurze okaże się, że SMS o czwartej dostali wszystcy łącznie ze sprzątaczką. Ot zapobiegliwość.

M. budzi we mnie ciemną stronę mocy. Nie umiem współczuć. Brzydzą mnie jej ataki. Irytuje wyuczona bezradność, która ma z automatu budzić chęć pomocy. Bo tak. Wkurwia mnie jej prowokowanie. Bo ona jest chora. Bo ona jest innego wyznania. Bo ona kupuje w ekskluzywnym sklepie spożywczym. A potem pożycza stówę bo jej nie starcza do pierwszego.

M. uczyniła z choroby narzędzie wykorzystywania innych.

Tak, jestem nietolerancyjna wobec niepełnosprawności. Wirtualne kamienie można rzucać w komentarzach.

 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin