Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
wtorek, 26 lipca 2011

Pieprzę to wszystko.

Mam dosyć.

Mam dosyć brzucha, udawania, że ciąża to taki pikuś, który mi się przytrafił, ale nie, nie absolutnie, moge wszystko tak jak przedtem a nawet więcej. Wszystkim opadają szczęki, woooow, Zła ale ty jesteś hardkorowa, tak w ciąży na koncert, ale ty wogóle nie przytyłaś, naprawe zmieniłaś pracę? Ależ jasne szefowo, wszystko będzie gotowe na koniec miesiąca, nie ma problemu, posiedzę teraz dłużej, jeszcze przecież mogę, a jak się czuję? A rewelacyjnie, dziekuję, nie, nie nic mi nie dokucza. KM wyjeżdża - jasne poradze sobie kochanie, w końcu zakupy przenoszę za pomocą czarodziejskiej róźdźki, chatę sprzątaja mi krasnoludki w ramach pokuty za Królewnę Śnieżkę, a do gotowania wynajęłam Magdę Gessler. Ja sobie w tym czasie pomaluję paznokietki, żeby nie stracić za bardzo na imidżu, który mi lekko zakłóca ta piłka na przodzie.

Mam tego kuźwa dosyć.

Bo nikt tego kuźwa nie docenia.

A na dodatek żyję w otoczeniu rodziny jak z obrazka, zza którego wyziera groza jak ze Lśnienia.

Czuję się jak Rosemary.

Tagi: praca rodzina
09:36, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (11) »
czwartek, 21 lipca 2011

A propos mego wpisu ostatniego.

Czy żeńska część blogosfery ma podobne odczucia? Im Ty mniej skupiasz się na swoim słoneczku, męskim epicentrum twojego prywatnego wszechświata, tym bardziej on jest zainteresowany?

Gdybym siedziała w chacie jak ta Penelopa, oczekując na przywilej podrapania go za uszkiem w trakcie meczu światkówki w TV, to bym była zlewana totalnie.

Jednak gdy to ja jestem stroną zdystansowaną ekwiwalent zwrotny przekracza wszelkie wyobrażenie.

Interesujące. Pomyślę o tym jeszcze. Gdzies w następnym stuleciu, jak obrobię się z najpilniejszymi rzeczami ;-)

08:45, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lipca 2011

Odzyskałam chwilowo uczucia mojego małżonka. Co więcej nawet się czuję tymi uczuciami lekko stłoczona. Jak z młodym słoniem w ciasnej windzie - tak mniej więcej.

Co zrobić, żeby rozpalić uczucia męża uzależnionego korporacyjnie:

- znaleźć nową pracę w ciąży

- z ciążowych ciuchów pożyczonych po rodzinie komponować eleganckie biurowe zestawy, koniecznie z dodatkiem butów na 9cm obcasach

- uczęszczać na fitness

- w podróżach nie sypiac w samochodzie ale z gpsem w ręku czuwać jak pilot Kubicy, prowadząc bezbłędnie przez zapomniane przez Boga i GDDKiA drogi

- łykędy spędzac aktywnie - łazić po krzajach, jeździć rowerem, pływać - okazując entuzjazm, może być umiarkowany

- Okazywać nieco od niechcenia, że nie, nie dziś tego nie załatwię - mam tyyyyle roboty.

W godzinach póxnowieczornych dozwolone jest narzekanie na dyskomfort w okolicy lędźwiowo krzyżowej. Byle nie przesadne.

I tyle. Bułka z masłem.

Chyba schudłam. Czy to możliwe w ciąży?

czwartek, 14 lipca 2011

W mojej szufladzie grasuje potwór. Na dodatek zboczony, bo żre mi gacie.

Jestem zmuszona zakupić zapas nowych desssous.

Czy ktoś wie dlaczego ta najmniejsza ze wszystkich część garderoby jest taka cholernie droga?

15:42, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (8) »
środa, 06 lipca 2011

No to kolejna przygoda przed nami.

Z powodu pracy urlop poszedł się... gzić z komarami ;-)

Akcja "lato w mieście" to farsa. Dziś Zła i KM przybyli do placówki o g. 7.33 tylko po to by odkryć, że miejsc na wycieczkę już nie ma (lista wykładana o 7.30).

Zagadka: kto w ciągu 3 min. zapełnia 15 miejsc nazwiskami wypisanymi jednym charakterem pisma? Woźna? Panie opiekunki? Bezsenna mamunia czatująca baldym świtem w strugach deszczu, by wpisać wszystkie koleżanki córuni?

Zła podjęła decyzję. Po raz kolejny. Zatrudni opiekunkę. Jak zwykle ma wymagania z księżyca. Wesoła, energiczna, odpowiedzialna, zdolna zagrać w badmintona i ułożyć szlaczek z kamyków wydobytych z kałuży. Skłonna pracować prawie za darmo (w przeciwnym razie KM walnie na zawał widząc rachunek).

Rozpuściła wici.

Feedback.

Jedna maturzystka, za którą zadzwoniła mamusia.

Jedna pani, która gadała do mnie 15 min. nie bacząc na próby przerwania o swoim nieudanym biznesie handlowym, o miłości do dzieci, o planie zabierania młodej na konie i basen (Zła ma stres, że dziecko pod obcą opieką wpadnie pod samochód, wizja baby pilnującej dziecka na basenie to koszmar z ulicy wiązów).

Znowu skończy się kiblowaniem u fatalnej matki złej matki, a na koniec wielką awanturą "bo wy nie doceniacie".

WTF mam zrobić?

wtorek, 05 lipca 2011

Czas się podzielić nie tylko smutkiem ale i sukcesem.

Zła matka zmieniła pracę. Inne warunki, inni ludzie, perspektywa normalnego macierzyńskiego, po którym prawdopodobnie (piszę prawdopodobnie, bo świat zmiennym jest i ludzie też) będzie miała dokąd wrócić.

Na razie ma huk roboty. I jest w szoku. Cały proces rekrutacyjny, negocjacje warunków, zerwanie dotychczasowego kontraktu przeprowadziła sama, bez wsparcia rodziny.

Korporacyjny małżonek najpierw zniknął, wrócił mając status "very ill", następnie wykazał się potwornym nietaktem wykazując, że nawet te szczątkowe informacje, które mu przekazywałam na temat moich spraw wyparowały z jego zwojów mózgowych.

Obraziłam się. Dzisiaj wspaniałomyślnie przebaczyłam.

Pracuję. Idę na spotkanie.

Żyję.

Tagi: praca
10:35, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (9) »
sobota, 02 lipca 2011

Borykam się z dużą sprawą. Jak się zakończy pomyślnie to się podzielę.

Borykam się sama.

Czwartek: Wracam roztrzęsiona. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Jem wczorajszą zupę, zagryzam zapomnianą w torebce kanapką. Młoda zadowala się serkiem. Mycie, łóżko, rezygnujemy z czytania, zasypiamy obie natychmiast. We dwie. Budzę się o 1.00. Wyłączam telewizor w salonie, do którego miałam zamiar wrócić wieczorem. Leżę, przewracam się, na prózno, sen odszedł, przyszło za to kłucie w dole brzucha. Staram się opanować panikę, biorę nospę, staję na środku holu i oddycham w sposób podpatrzony na fitnessie. Natrętne myśli wracają, krążą jak muchy nad padliną. Panika czai się jak hiena. Wracam do łóżka. Zasypiam o 4.00. Budzik wyrywa mnie 2,5 godz. później ze snu o końcu świata. Dzień jeszcze się nie zaczął a ja marzę by się skończył.

Piątek: Zmoknięta, zmordowana i rozedrgana wracam duszno-wilgotnym autobusem. Od natrętnych myśli ratuje mnie spotkana, od lat nie widziana koleżanka. Jest lekarzem, radiologiem, singielką, patrzy z leciutką drwiną na rysujący się pod koszulą brzuch. Niech jej będzie. Zgarniam młodą po drodze, litościwa matka oszczędziła mi zakupów, razem z dzieckiem dostaję siatkę podstawowych produktów. Puste mieszkanie ma lekko zatęchły zapach. Gorący prysznic, nie mogę się teraz przeziębić. Jem 3-dniową zupę, zapomnianą kanapkę zapiekam w tosterze. Małej podoba się pomysł. Kładę się na moment. Zasypiam. Po godzinie wracam do świata nieprzytomna , z suchością w ustach. Zapędzam do mycia, przygarniam pod swoją kołdrę. Usypiam mizianiem po łydce. Obchodzę pusty dom, sprawdzam okna, ściany śmieją się ze mnie. Nie mogę spać. Wciąż słyszę jego głos. Znowu jest daleko. Nieprzytomny, szalony i nieobliczalny.

Sobota: Budzi mnie szum deszczu. Wstaję, oglądam nagrany kiedyś tam krwawy serial. Flaki i zmiażdżone kości odrywają mnie sklutecznie od natrętnych myśli. Odbieram wiadomość od brata, dzwonię i rozmawiamy o pierdołach. 25 minut to chyba pół mojego abonamentu w TPSA. 25 minut spokoju. O 9.30 mdłości przypominają mi o śniadaniu. Kręcę się po domu, sprzątam łazienkę, po co mi tyle buteleczek, mała chłonie dzieje jakiejś księżniczki. Telefon. Upuszczam szczotkę odkurzacza. Staram się brzmieć obojętnie, ale nie wytrzymuję, głos nabrzmiewa łzami. A jednak czuję ulgę. Kończę sprzątać i znowu zasypiam. Dookoła mnie i we mnie są tylko dzieci i koty. Poza tym jest pustka.

Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin