Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
wtorek, 30 sierpnia 2011

Bardzo bliska mi idea.

Wiecie jaka jest różnica pomiędzy moim byłym i obecnym pracodawcą?

Ten poprzedni na wieść o ciąży powiedział "Gratuluję. Jesteśmy firmą przyjazną młodym matkom" po czym odciął mnie od wszystkich projektów, a nowe przedsięwzięcie powierzył młodemu pistoletowi.

Ten obecny powiedział "A jak Pani proponuje to zorganizować w ziwązku z ciążą? Ach tak. To jest pomysł. Spróbujmy."

Trafiłam na ciekawy artykuł Wspieranie rodzicielstwa jako przejaw społecznej odpowiedzialności polskiego biznesu. Aut. Agnieszka Mazur - http://odpowiedzialnybiznes.pl/pl/baza-wiedzy/publikacje/artykuly.html?id=5099

Interesujące są wnioski dotyczące przyczyn korzystania ze zwolnień w ciąży. A także obawy pracodawców związane z zatrudnianiem młodych matek.

Czy odczarowanie ciąży wydobyłoby z domu przynajmniej część zakitranych tam młodych kobiet sfrustrowanych macierzyństwiem i niekoniecznie uszczęśliwionych spędzaniem najlepszych lat życia w piaskownicy?

Wiele mowi o tym Ayelet Waldman w wywiadzie z "Wysokich Obcasów"

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,114757,10173372,Zagonimy_was_batem_do_domu.html

13:00, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Mróweczki od PR w PO zasuwają przed wyborami aż się kurzy. Wyprodukowali raport "Młodzi 2011". Zła na styk ale sie łapie.

Wnioski smutne.

Model prawdziwie partnerski dotyczy zaledwie 19% związków. Pozostałe:

Albo praktykują tradycyjny podział ról i obowiązków, albo udają partnerstwo. Moglibyśmy nazwać je semipartnerskimi. Ludzie deklarują, że współpracują ze sobą, oboje mają równe prawa, dzielą się obowiązkami. Ale w rzeczywistości podstawowe obciążenia spadają na kobietę. Nie odmawia się jej prawa do studiowania, kariery zawodowej, rozwoju osobistego. Ale dom, dzieci i obowiązki z tym związane to wciąż jej problem, jej podwórko i jej obciążenia. Mężczyzna gotuje, sprząta, czyta dziecku - kiedy ma na to ochotę, a nie dlatego, że to jego powinność.



Więcej... http://wyborcza.pl/1,75478,10189368,Zycie_i_cala_reszta.html#ixzz1WPDpOWhL

Pani Szafraniec trafia w sedno. Niestety jako socjolog nieźle diagnozuje ale nie leczy.

Korporacyjny pomaga "na żądanie". Oznacza to ni mniej ni więcej tylko, że należy go uprzejmie poprosić aby poczytał dziecku, umył naczynia, pomógł zmienić pościel, kupił, wyniósł itd.

Dla mnie to żenujące. Nienawidzę prosić, nienawidzę przymuszać, uważam, że jak ktoś sam nie czuje potrzeby pomocy, to niech się wypcha.

Co mam zrobić? Zostawić żenujący burdel i sprawdzić kiedy zauważy? Pozwolić dziecku biegać do 1 w nocy, aż samo padnie, albo kłaść je w swoim łóżku, żeby sobie spokojnie poczytać? A jak urodzi się drugie? Skreślić związek i spać z dwójką dzieci?

To może od razu się wyprowadzę?

piątek, 26 sierpnia 2011

No gdyby przyjąć takie kryteria, to ja jestem ideałem.

http://www.edziecko.pl/rodzice/56,111879,10173133,Najgorsze_matki_swiata.html

Miłego weekendu.

Tagi: matka
13:55, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (1) »

...skoro można iść na zwolnienie. Które zresztą wielu lekarzy proponuje bez ogródek.

Dzisiaj Zła ma kryzys. Była burza, będzie burza, może za długo sprzątała wczoraj swoje apartamenty. W każdym razie ani jedna szara komórka nie chce podjąć normalnych funkcji. Więc Zła się złości - na siebie, na męża, na system, na ciążę. Niby dlaczego ona nie może pójść na zwolnienie jak te lalunie ze szkoły rodzenia co to leżały sobie na tych workach wypełnionych poliuretanowymi kulkami a mężowie usłużnie donosili herbatki, wody, głaskali po rączkach i podnosili, sadzali i wogóle kucali? I wszystkie w domu siedzą już od dawna?

Po lurowatej kawie zaskoczył jednak u Złej system racjonalizacji. W końcu pracuje na własne życzenie. Ba, nową robotę ma, więc porzucić i zaniedbać nijak. Z drugiej strony brak myślenia to też rodzaj zaniedbania, nie? Po kolejnej chwili zastanowienia (komórki wrzucają powoli drugi bieg) doszła do następujących wniosków:

1. Zła pracuje z próżności

2. Zła pracuje ze strachu

Wyjaśnienia:

Ad. 1 - Próżność. Już wyjaśniam. Gdyby Zła zaległa w domu, to kto by się nią zachwycał? kto by podziwiał heroizm, szczupłe nóżki, energię no i ten... no heroizm? Że w ciąży taka dzielna? Energiczna? A korporacyjny jak nic uznałby, że Zła w domu odpoczywa i można po powrocie zasiedlić kanapę i zawłaszczyć pilota. A tak zwarty jest i gotowy, zakupy robi, garaż sprząta, dziecko wyprowadza na spacer, wiesza pranie.

Ad. 2 - Strach. Gdyby Zła zaległa w domu oszalałaby ze strachu, że o niej zapomną. Że już do pracy nie wróci i że już pracy nie znajdzie. Ponadto Zła boi się zostać w domu, bo musiałaby zajmowac się dzieckiem starszym all day long. To zdecydowanie za długo. Bałaby się zatrudnić pomoc, bo w końcu jak się siedzi w domu to aż wstyd. Sprzątałaby, choć nienawidzi, ale chyba bałaganu nienawidzi bardziej. Ponadto nie miałaby do kogo gęby otworzyć. Kisiłaby się z matką swą, żeby zabić samotność.

W domu Zła złapałaby megadoła.

Co nie zmienia faktu, że w ciąży jest czasami cholernie ciężko pracować.

Tagi: ciąża praca
13:21, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (6) »
środa, 24 sierpnia 2011

Byłam. Wczoraj.

Może po całym dniu w pracy nie byłam dość zrelaksowana.

Może dziwna mina korporacyjnego (nie powiem, trochę się wyróżniał w w swoich glansowanych bucikach, koszuli podkreślającej opaleniznę i garniturku) usiłującego nie zjechac tyłkiem z wypełnionego kulkami worka wybijała mnie z tematu.

Może fala mdłości, która przyszła tuż po omówieniu metod wywoływania porodu (włączając cewnikowanie szyjki macicy i chodzenie z podwieszonym do tego cewnika ciężarkiem) nie dała mi się wczuć w oczekiwany cud dawania życia.

Źle spałam.

Rano poprosiłam korporacyjnego, żeby mi przypomniał, po co chcieliśmy mieć drugie dziecko.

"Żeby T. nie była sama, żeby nauczyła się dzielić i dawać a nie tylko brać i żeby znowu przytulać małe dziecko. Dzieci dają radość." - padła odpowiedź.

Naprawdę?

Może zamiast w nowy dom, trzeba było jednak zainwestować w surogatkę.

Za tydzień ciąg dalszy fizjologii porodu.

PS. Oddam moje nowe pantofle Aldo za kieliszek białego wina.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

No to sobie trochę pourlopowałam, teraz muszę po tym odpoczynku porządnie wypocząć bo jak zwykle niezły był survival.

Nie wiem, czy dyskusja pod poprzednim wpisem powinna mnie cieszyć czy smucić.

Odezwał się facet - morys77 i było to dobre.

Odezwały się kobiety i to też było dobre.

Wnioski - w pewnym stopniu zdeterminowało mnie wychowanie. Odczują to w jakiś sposób moje dzieci. Czy moje starania by być lepszą matką, choć nieco udawaną, zniwelują w którymś tam pokoleniu działania moich rodziców i dziadków? Czy zatrą się wreszcie wspomnienia zaniedbań, bliskich spotkań z kablami od żelazka, odrzuceń? Oby.

Morys77 - może ja nie napawam nadzieją. Ale próbuję pokazać, że mimo trudności wciąż idziemy do przodu. Rodzicielstwo ma to do siebie, że za każdym zakrętem czekają nowe krajobrazy. Może nie zawsze przyjemna ale jest to przygoda. Poza tym faceci bywają lepszymi ojcami niż kobiety matkami. Do tego dzieci rosną i wszystko mija. Amen.

PS. Nie wszystkie w/w złe doświadczenia były moim udziałem, część przyjęłam jako dziedzictwo po rodzicach, którzy takoż udowadniali mi, że jednak mam lepiej, bo nie klepię młotkiem gliny na klepisko. Dzisiaj ja udowadniam młodej, że ma lepiej. Bo ma. To fakt. Prace nad zastopowaniem toksycznego udowadniania trwają.

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Znowu wtórny ten mój wpis, ale co ja poradzę. Zasuwam w tym swoim małym kieraciku, tu ciąża ciąży, tu starsza choruje, niania wychodzi wcześniej, babcia obrażona, a poza tym wakacje, więc obowiązkowo podróżować trzeba. Przemyśleń mnóstwo, ale czasu na pisanie brak. Niechże więc chociaż odniosę się do przemyśleń innych. Kadaz napisała a ruda Ela skomentowała, powiem zatem i ja.

Nie. Lubię. Dzieci.

Tak miałam zawsze. Po matce to pewnie odziedziczyłam. Gęba mi się nie śmiała do małych, na ręce nie brałam, nie umiałam się bawić, rozmawiać, zwyczaje polegające na rozmazywaniu ciastka po podłodze i sprawdzaniu jak smakuje zlizane wzbudzały we mnie obrzydzenie wyłącznie.

W pierwszej ciąży napawało mnie to przerażeniem, no bo jak to. W życiu niemowlaka nie miałam na rękach – nie lubię zapachu, nie umiem gugać, jak ja to ogarnę.

Matka wtedy ze stoickim spokojem zapewniała, że dam radę. Że ona swoje wychowała, chociaż też nigdy „a niu niu niu” przez usta jej nie przeszło. I dałam, chociaż nie poszło to z automatu.

Teraz jestem w drugiej ciąży i odkąd moje własne dziecko wyrosło nie miałam niemowlęcia na ręku, chociaż kilkoro urodziło się w rodzinie. Nie jestem uważana przez dzieciarnię za atrakcyjną ciocię – jestem zbyt zasadnicza i od dzieci będących (co prawda sporadycznie) pod moją opieką domagam się przestrzegania zasad przyjętych dla ogółu ludzkości.

Byłoby ok, bo jak widzę nie ja jedna tak mam. Gdyby nie lekkie ugryzienia wątpliwości.

I doświadczenie osobiste.

Fatalna matka moja nie lubiła dzieci. Kochała mnie oczywiście, jednak nie była nigdy fanką budowania z klocków, a w późniejszych czasach odmówiła nawet pomocy w odrabianiu lekcji (nie żeby było to niezbędne ale chodzi o zasadę). Starała się być sprawiedliwa. Chwaliła, jeśli jej zdaniem było za co. Przytulała jeśli jej zdaniem była potrzeba.

A jednak z dzieciństwa pamiętam jakiś nieokreślony deficyt. Brak tego rozbuchanego bezkrytycznego macierzyńskiego uwielbienia, miętolenia na biuście, szczebiotania „moja ty królewno”. Widziałam jak to wygląda bo dawała to babcia. Było to nieszczere i nie poparte prawdziwym zaangażowaniem, ale o tym kiedy indziej bo babcia moja to temat rzeka. Ponadto był jeszcze mój ojciec, ksywa „wiecznie nieobecny”. Łatwo było zapomnieć, że się go posiada (jakkolwiek nie był ojcem rozwiedzionym, o nie, był po prostu ojcem typowym dla mojego pokolenia). Jednak gdy pojawiały się dzieci, np. znajomych potrafił odstawić taki teatrzyk, że szczęka mi opadała. Gdy nie te obce dzieci to nie wiedziałabym w ogóle, że mój ojciec potrafi podnieść nogi do góry i zrobić samolocik, biega, podskakuje, śpiewa i opowiada bajki.

Dlatego od pierwszych dni życia mojego dziecka udawałam. Uśmiechałam się, gaworzyłam, gilgałam w pięty, zaciskałam zęby i po raz 157 puszczałam po podłodze grającego pieska. Bóg jeden wie, jaki poziom frustracji to wywoływało. W końcu moje dziecko podrosło i wszystko jakoś się ułożyło.

Poza tym, dzięki Bogu, miałam mojego męża. Wychowanego na takim właśnie bezkrytycznym, prostym, prowincjonalnym macierzyństwie, gdzie matka przylać potrafiła, ale i wymiętoliła na biuście. I to on był dla mnie wzorem. Nie miał problemów, żeby ściągnąć koszulkę i tulić niemowlę, bo przeczytałam mu, że kontakt skóra do skóry dobrze robi na rozwój małym dzieciom. Bawił się, gilgotał, woził na plecach, przewracał się w sposób tak naturalny, że nie mogłam stawać w tej konkurencji. Gdy po raz pierwszy zobaczył swoją córkę, upuścił, co miał w rękach i się popłakał. Zazdroszczę mu tego. Dobę później ja patrzyłam na leżący w plastikowym korytku tłumoczek i też miałam w oczach łzy. Przerażenia.

Jednak dużo mnie nauczył. Udawać potrafię już perfekcyjnie.

Ale nie potrafię zmienić siebie. Nie lubię małych dzieci.

Czy to wina mojej matki?

12:18, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (19) »
piątek, 05 sierpnia 2011

Poniższy cytat z Gazety W., komentarz eli-rudej oraz wpis kadaz.

Wszystko ma ten sam mianownik. Matka jest robotem, który napędzany hormonami i siłą woli zapierdziela od rana do nocy bez ustanku. Tak się przyjęło. Tak zwykle jest.

A ja tak nie potrafię. Niekoniecznie dlatego, że bardzo chcę jechać do Norwegii a dziecko mi przeszkadza. Chciałabym zobaczyć fiordy, ale wiele miejsc w życiu juz odwiedziłam i wiem, że na Norwegię też przyjdzie czas.

Sądzę, że u podstaw matczynego heroizmu tkwi instynkt. Pierwotny. Naturalny. Pozwalający kobietom (nie bez uszczerbku na samopoczuciu ale jednak) funkcjonować niemal bez snu, pokonywac fizyczne wyczerpanie i wiele innych nieprzyjemności związanych z powiciem i hodowlą potomstwa.

A ja nie potrafię. Do mojej corki długo nie czułam nic specjalnego. Być może opiekowałam się nawet staranniej niż inne matki zalane hormonami, bo wiedziałam, że czegoś brakuje. Uśmiechałam się do niemowlęcia, bo uważałam, że tak trzeba. Ale nie wywoływało ono u mnie usmiechu. Z czasem oczywiście pokochałam moją córkę. Nie jestem jednak przywiązana niewidzialną pępowiną, pracuję, wychodzę, wyjeżdżam - zostawiam ją z różnymi osobami. Czasem łapię się na tym, że o niej nie myślę.

Myślałam, że już wyrosłam. Szczególnie, że do drugiej ciąży pchnęły mnie też hormony, czułam, że coś tu umyka, będę za stara, nie ma sensu dłużej czekać. Nawet wzięłam z dwa razy na ręce małe dziecko i było to... miłe.

Ale nic z tego. Jest takie miejsce w moim rodzinnym domu, gdzie z bratową składujemy dziecięce ubrania i akcesoria. Byłam tam wczoraj. Wybierałam ubranka, sprawdzałam co się zniszczyło. Dotykałam tych małych koszulek i czułam tylko irytację. Ze znowu będzie kupa tych szmatek. Są więc ich nie wyrzucę, ale mi się nie podobają. Dziecko i tak nie będzie wyglądac ani zachowywać się jak na reklamie. Więc jakie ma znaczenie, czy ubiorę je jak małego trendsettera czy jak pajaca?

Zasmuciło mnie to. Gdzie to radosne oczekiwanie?

Czy to się jeszcze zmieni? Czy znajdę w głowie ten przełącznik, pozwalający myśleć o macierzyństwie bez przerażenia i łez w oczach? Czy zdołam być lepsza niż za pierwszym razem?

Jest mi ciężko.

Widzieliście???

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10057834,Praca_matki_warta_nawet_3_tys__euro_miesiecznie.html

Ja to chcę w gotówce.

Żebym nie musiała się czuć jak obywatel podrzędny, członek rodziny zarabiający na waciki, a przez to obarczony psim obowiązkiem opierania, karmienia i zabawiania reszty.

Bo ja nie mam złudzeń. Te masaże stópek przez Małżonka, przynoszenie zakupów w zębach i mycie kibla po zaledwie dwukrotnym przypomnieniu zawdzięczam jedynie ciążowej oponie. Na dodatek ciąża w połączeniu z intensywną pracą zawodową daje różne ciekawe efekty - zielenienie na twarzy (ze zmęczenia), bladość, twardnienie brzucha a nawet jeden mały żylaczek.

Więc kolega małżonek wspina się na wyżyny. Chwilowo. Gdyż albowiem młode się jednak kiedyś urodzi i osioł wróci do kieratu.

Jakby mi jednak zapłacili 12 tysi to bym opierała i karmiła bez mrugnięcia okiem, a perspektywa emerytury w domku w Andaluzji, który sobie kupię, dodawałaby mi skrzydeł.

Tagi: ciąża praca
11:16, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 sierpnia 2011

Witam nową czytelniczkę jonajona.

Niestety ja z perspektywy końcówki szóstego miesiąca muszę potwierdzić twoje obserwacje. W dzisiejszych czasach dobrem najwyższym jest dobro dziecka (może ma na to wpływ rosnący odsetek zagrożonych ciąż). Dla dziecka należy rezygnować, jeść, oszczędzać, uważać, nie robić, robić, ćwiczyć, leżeć, leżeć bez majtek, dawać sobie zaglądać w dupę po 100 razy. Kobieta - jej godność, kobiecość i prawa człowieka schodzą na dalszy plan.
I niech mi nikt nie mówi, że sama chciałam. Gdyby dzieci dawało się hodować w sztucznej macicy byłabym pierwsza w kolejce do tego wynalazku. Niestety wciąż najekonomiczniej i najprościej jest samemu sobie urodzić (procedury adopcyjne - kto przeszedł ten wie, surogatki - błeee i problem), więc zaciskam zęby i walczę.

Tagi: ciąża
09:16, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin