Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
niedziela, 30 października 2011

 

Czasami w moje myśli wkrada się dygot, taki jak w melodii, kiedy cichy wątek zaczyna się rozkręcać, kulminować i wybucha gitarowym riffem.

Jestem na zakręcie.

Nawiedzają mnie flashbacki - kim byłam? kim miałam być? Jak miało wyglądac moje życie? Co mnie doprowadziło do miejsca, wktórym się znajduję? Co z dzieciaka w glanach, w każdej chwili gotowego do przejścia w tryb autodestrukcji, uczyniło żonę, matkę, przykładnego pracownika, katolika zasuwającego co niedzielę do kościoła?

Nie tak miało być. Kiedy przetrwałam survival dojrzewania wiedziałam na pewno. Nie będzie dzieci. Świat, który znałam był zakłamanym, fałszywym, brudnym i strasznym miejscem. Nie chciałam tu sprowadzać żadnych więcej istot. Wiedziałam, że chcę zrobić karierę. Widziałam się w niej, w czarnych butach na szpilce, z wyprostowanymi włosami, w dopasowanej czarnej marynarce. Profesjonalizm. Kasa. No sentiments. No tears. No friends. Nie planowałam hobby, pasji, związków. W moim życiu miala być tylko praca. Kiedyś mial się pojawić dom na odludziu. Pełen książek. Nawet koniec miałam zaplanowany.

O ludzkiej psychice i relacjach interpersonalnych uczyłam się w środowisku zbalzowanych intrygantów, przy których markiza de Marteuil była niewinnym pudelkiem.. Edukacja zostawiła sporo śladów, niektóre nieusuwalne. Nauka była ciężka, bo nigdy nie miałam twardej dupy i nie potrafiłam kopnąć kotka. Wykorzystano mnie nie raz.

I kiedy się wreszcie zaczęłam przystosowywać, wyplatałam się z pajęczyn, oczyściłam z toksycznych związków i byłam gotowa zacząć życie na własnych zasadach - spotkałam KM.

Na początku uważał mnie za niespełna rozumu. Na zmianę zakochana i spanikowana - co kilka dni próbowałam odejść. A potem było już za późno. Wzięłam ślub w różowej sukience i przestałam myśleć i planować. Zamknęłam oczy i wskoczyłam do wody a rzeka mnie poniosła.

Tyle lat nie miałam czasu odkurzać tego kąta w pamięci, w którym ukryła się ta wymodelowana Zła. Dlaczego wylazła właśnie teraz?

Bo Drugi już jest blisko? A jutro ma być nas na Ziemi juz 7 miliardów?

Czy to, że z brzuchem, w pierwszej ławce w kościele, machając książeczką do Pierwszej Komunii jestem tak groteskowa, że aż straszna?

Miewam wizje, w których rozpędzam się na czarnym ścigaczu i wbijam w ścianę. A potem nie ma nic. Czy do tej pustki warto iść po drodze usłanej pieluchami, rachunkami i remontami?

Miałam być wilczycą a dałam się udomowić.

Czasami nie umiem się z tym pogodzić.

Ciekawe, czy gdyby korporacyjny wiedzial to wszystko, to starałby się bardziej?

18:49, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 października 2011

Będzie o tym jak mąż i żona mają funkcjonować w wirtualnej przestrzeni publicznej.

Fejsbuk nie jest dla mnie złem wcielonym. Mam tam konto założone 5 lub 6 lat temu, kiedy jeszcze w PL nikt o wrednym Zuckerbergu nie slyszał. Z ustawieniami prywatności sobie radzę a nawet szkolę innych.

Oboje z KM używamy fejsa do pracy. On bardziej do podtrzymywania tzw. networkingu, ja do rozwijam na nim projekt dla swojej firmy.

Nie podajemy w swoich informacjach żadnych pierdół typu "w związku", albo "to skomplikowane". Jednak odkąd zanotowałam wzmożoną aktywność towarzyską mojego małżonka w realu (slużbową of course) i dostrzegłam odpryski tej aktywności w na fejsie, zaproponowałam, żeby się oficjalnie "połączyć" jako mąż i żona (resztę rodziny mam oznaczoną jako rodzina, to pomaga sortować dostęp do różnych treści).

A tu mur. Odmówił. Na dodatek rzucając odwiecznym beznajdziejnym męskim argumentem "żeby cię chronić".

Przed czym ja sie pytam? Toć nie zwali się na mnie chmara jego znajomych, bo jak nie kliknę akceptuj to mi nikt na podwórko nie wejdzie. Co mam widziec jako zwykły znajomy, to przeciez widzę. Kto komentuje jego błyskotliwe statusy, zdjęcia i linki? Noż przecież wiem i tak.

To nasz balkon może występować oficjalnie jako tło dla roznych kompozycji a gowniany link "bardzo zła to moja żona" nie może się pojawić?

Czyżby dlatego, żeby nie kłuć w oczy koleżanek? Pań i panienek wycierających się po różnych wyjazdach i usiłujących w chlaniu dorównać męskiej cześci towarzystwa? Co się kończy zwykle żałośnie dla koleżanek, kibli w knajpach i okolicznych płotów? I te flądry zwracają się publicznie do mojego mężą zdrobnieniami, ktorych nawet ja nie używam? No chyba po to facet ma przyzwoite, dźwięczne, męskie imię, żeby nie robić z niego misia w różowych kapciuszkach?

I wiecie? Z jednej strony wiem, że to moje tutaj utyskiwanie jest trochę jędzowate. Może podszyte ciążą. Może zazdrością. Ale ja widzę te komenty babek, z ewidentną intencją pokazania "A ja z tym gościem jestem w takiej komitywie, że moge do niego nawet różowy misiu mowić" to czuję przykrość i niesmak.

Zgodziłam się na korporacyjne małżeństwo. Na firmę żyjącą z nami na co dzień, zabierającą nam czas i nerwy. Na wyjazdy służbowe i na rolę nieszczęsnej Penelopy (dobrze, że chociaz zalotników nie ma bo ja kiepsko strzelam z łuku). Ale tu czuję granicę.

Tak, właśnie tu. Na głupim fejsie.

I czasami głupio zazdroszczę Wysokiemu i jego żonie, którzy bez żenady publicznie przerzucają się linkami, zdjęciami, dogryzają sobie, wzajemnie się lajkują na potęgę.

No cóż - pracują w branży, w której to uchodzi.

Ja musze jak cerber strzec swojej prywatności.

Zero luzu, zero funu.

Noblesse oblige.

Fucking shit.

wtorek, 25 października 2011

Tak, wiem. A te, które chce - muszą wciąż udowadniać swoją wartość. Co dzień od nowa.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10529154,Nie_chcemy_kobiet_w_pracy__To_Polska.html

z pozdrowieniami zza biurka.

Termin za 3 tygodnie.

 

11:31, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (7) »
piątek, 21 października 2011

Mija właśnie poł roku odkąd zaczęłam pisać tego bloga. To chyba najdluższa moja próba dzielenia się myslami z otoczeniem jak do tej pory.

Wtedy byłam w 2 miesiącu ciąży. Frustrował mnie postępujący zanik talii. Balam się rozstepów, żylaków, poronienia. Miałam beznadziejną pracę. Trwałam w stanie wojny z korporacyjnym. Córka wykańczała mnie lenistwem i brakiem postępów. Martwiłam się, gdzie podzieję dodatkowego potomka w 3-pokojowym mieszkaniu.

Dzisiaj jestem w 9 miesiącu ciąży i wszystko jest inaczej. KM trochę spokorniał (ale to mu przejdzie, luzik), młoda spasowała z buntem (chwilowo, ale dobre i to). Brzuch całą ciążę malutki wywaliło mi jak afrykański bęben. Za tydzień prawdopodobnie dobiegnie końca transakcja zakupu większego lokum. Mam nową pracę.

I tylko jedno jest jak bylo.

Wciąż gryzie mnie niepokój, czy dobrze robię.

I rozmowę z moim nowym dzieckiem też ciagle odkładam na później.

czwartek, 20 października 2011

A miałam takie piękne plany. Miałam sie zrobić na bóstwo. Zębiszcza sobie zdążyłam wyczyścić by błyskać do zdjęć z nowym potomkiem uśmiechem Julii Roberts. Jeszcze manicure i pedicure czekał w kolejce. I zagęszczanie rzęs. I może maseczka kolagenowa...

Zamiast tego moje ostatnie tygodnie przed godziną W będę spędzać na żebraniu o wizytę i w poczekalniach u okulistów.

Zrobiłam badanie dna oka. Bo mnie doktor prowadząca wzięła pod włos - A bo to widzi Pani w Holandii w ciąży trzeba mieć zaświadczenia od wszystkich specjalistów. Wysoki poziom. No to poszłam. No i mam. Ognisko degeneracyjne w siatkówce. Znowu chcą mnie pociąć.

Fucking shit.

Mam dosyć dzieci. I dużego i tego małego.

Jeśli ktoś czytał trylogię "Skrytobójca" Robin Hobb to pamięta pewnie ideę, której służyli władcy Królestwa Górskiego - Poświęcenie. Król zrobi wszystko dla swojego ludu, poświęci życie, bliskich i szczęście.

Mam wrażenie, że społeczeństwo oczekuje od matek, że będą takim Poświęceniem dla swoich dzieci. Wyrzekną się czasu dla siebie, seksu, pomalowanych paznokci, butów na obcasach, czytania, myślenia i zadbanego ciała. Aż do odarcia z własnej tożsamości.

Miotam się między współczuciem dla swojego dziecka a chęcią mordu. Z jednej strony rozumiem jej uczucia ale z drugiej strony nie mogę pojąć jak może być tak egoistycznie nastawiona na branie.

Na dodatek KM jest w tej części społeczeństwa, która uważa, że matka jest Poświęceniem.

Wierzę, że on naprawdę kocha nasze dzieci. Jest świetnym ojcem. A jednak wychodzi z niego stereotypowe przekonanie, że to matka powinna tym dzieciom kupić buty, łóżeczka i beciki, odrobić lekcje, nauczyc ortografii, podać ubranie, zabrać do dentysty, nakarmić, wykąpać, przygotowac do wycieczki i urodzin kolegi oraz z uśmiechem na ustach po raz dziesiąty odpowiedzieć na to samo pytanie.

Nie mogę być jednocześnie w ósmym miesiącu ciąży, pracować, dbać o siebie, gotować i utrzymywac domu w porządku. Odcinam wciąż kolejne obowiązki od listy i z przerażeniem patrzę jak popadamy w chaos i ruinę. Stół się klei, koci żwirek wala się po wszystkich kątach przedpokoju, nie siadam na kanapie, żeby nie oblepić się okruchami ciastek i rodzynkami, które młoda żre gapiąc się w kreskówki.

Jak w kalejdoskopie przewijają się przeze mnie uczucia, obojętność na zmianę z irytacją i wściekłością. I poczucie, jak to mawiają w korporacji, że "nie dowożę".

Za to ojciec obowiązki ojcowskie wypełnił wzorowo. Podał dziecku zdrową mieszankę orzechowo-rodzynkową do pogryzania przed tv.

Kiedy już rodzynki obrosną pleśnią pod kanapą może dorobimy się nawet nowej myszki. Bo być może kotek wcześniej zdechnie z głodu.

wtorek, 18 października 2011

Widzieliście okładkę najnowszego Wprost? Trzy gęby w rzędzie. Poprawność polityczna nakazuje uściślić - dwóch chłopów i baba. Po transformacji płciowej. Rzecz w tym, że wstawiona złośliwie przez grafika między meżczyzn twarz Anny Grodzkiej bezlitośnie demaskuje prawdę. Mimo szminki i makijażu rysy są męskie i grubo ciosane.

Mnie osobiście transseksualizm ani grzeje ani ziębi. Ot zjawisko. Ale temat wkroczył do naszego domu za sprawą Jedynki. Jedna z dziewczynek w jej klasie objawia bardzo chłopięce zachowania, do tego widać przy każdej okazji ewidentną niechęć do spódnic, sukienek i spinek. Ponadto dziewczę trenuje nożną (zamiast chadzać na balet, pianino lub w ostateczności akrobatykę jak reszta szanujących się ośmiolatek). Gwoździem do trumny jest basen, gdzie nie używa kostiumu tylko kąpielowek.

Dzieci są bezlitosne. Dziewczynka jest częstym tematem pytań i rozmów. Moją zachowanie małej chłopczycy wprawia w bezbrzeżne zdumienie. Odpowiadam niezmiennie, że każdy ma prawo ubierać się jak chce i uprawiać sporty jakie lubi. Było ok dopóki młoda nie obejrzała w tv paru materiałów o posłance Grodzkiej. Wtedy musiałam przejśc do konkretów i wyjaśnić, że tak się po prostu zdarza. Jedynka chciałaby kręcone włosy a ma proste, ja mam kręcone a wolałabym prosty ciemny blond a niektórzy zamiast chłopcem rodzą się dziewczynką.

- Mamo a Michał Szpak? - zapytała idealna członkini grupy docelowej programu X factor. - On też urodził się chłopcem a chce być dziewczynką?

Well, well, well - jak mawiał Churchill gryząc cygaro. Zaciukałam się. No bo jak porównać ciężką determinację trasseksualistów, trwale okaleczających dane od urodzenia ciało w imię psychicznej potrzeby z wypacykowanym, pretensjonalnym, upiórkowanym facecikiem bawiącym się w przebieranki dla sławy i kasy?

Dziecięciu odrzekłam coś w stylu - Nie, on się tylko tak bawi. Ale dziś znowu trafiłam na artykuł bodajże w Newsweeku, którego autor dowodzi, że różnice między płciami ulegają zatarciu, czego dowodem własnie Szpak, niejaki Maddox, Andre Pejić i tym podobne osobniki. I że mężczyźni będą wkrótce nosić kolorowe torebki, spódnice a malowanie przez nich paznokcie jest całkiem naturalne. I to podobno widać na światowych wybiegach, gdzie damską modę prezentują chłopcy, wyglądający jak dziewczyny, które chcą wyglądać jak chłopcy.

Otóź nie, kuźwa, nie jest naturalne i nie będzie. Wymienione indywidua wykorzystują swoją specyficzną konstrukcję fizyczną (chude nóżki, wąska klata, brak owłosienia wspomagany woskiem) do robienia kasy (to akurat jest naturalne, siano potrzebne jest i każdy orze jak może). Ale tak sobie wyobraziłam takie rajstopki i buty na koturnie plus ażurowy sweterek na moim małżonku. Człowiek jest całkiem dobrze zbudowany, bicepsik sobie lekko pompuje hantelkiem, w brzuszku ma o parę służbowych kolacji za dużo i nawet fajny tyłek mu nie pomoże. Wizja porażająca. Nigdy w życiu nie uwierzę, że chłopy potrzebujące dobrze skrojonej marynarki rozmiar 50 przesiądą się na "miękko i asymetrycznie opadające dzianiny". I może jeszcze będziemy mieć wspólną szminkę odcień powder rose?

Tak więc abstrahując od motywacji wspomnianej Anny Grodzkiej i jej powiązań z kuriozalnym urgupowaniem politycznym nabieram do niej szacunku. Bo tak na serio to ona wygląda w tym makijażu i sukience tak jak mój mąż wyglądałby w obcisłych rajstopkach. No idiotycznie po prostu. Ale skoro jej to nie zraża, co więcej, to ją uszczęśliwa, to znaczy, że naprawdę chciała i musiała zmienić płeć. Chapeau bas.

21:48, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (7) »
piątek, 14 października 2011

No dobra. Klamka zapadła, umowa podpisana, położna zwarta i gotowa.

Braciszek ma nakazane urodzić sie o czasie, żeby nie urósl za duży.

I ma urodzić się naturalnie.

Czy było warto, będę mogła powiedzieć za 6 tygodni. Czy spełnilo swoją rolę w rozwoju dziecka, powiem za 6 lat.

Mialam cesarkę. Planową "na zimno". Nie bałam się porodu, nie szukałam na siłę pretekstu, ale do CC zostałam niejako zmuszona przez obojętność, olewactwo i ignorancję lekarzy. Nikt nie chciał realnie ocenić szans na to, że dziecko urodzi sie zdrowe. z banalnej dolegliwości zrobiono niemal chorobę weneryczną. Przerażona i oszołomiona 25-latka podpisała zgodę na CC. Dwie zimne suki wypatroszyły mnie jak świnię, ignorując fakt, że jestem całkowicie przytomna i nie tylko czuję ale i widzę co robią w odbiciu lampy. Kiedy się w trakcie operacji odezwałam potraktowały to z bezgranicznym zdumieniem, jakby odezwał się do nich stół. Do rozkrzyżowanej między kroplówka a cisnieniomierzem, upokorzonej do granic kobiety miały pretensje, że dziecko zaklinowało się w brzuchu. Bezceremonilanie wycisnęły je łokciem, uszkadzając mi żebra na 3 miesiące.

Tak urodziła się moja córka.

Nie zapłakala z zimna ani ze strachu, bo nie oddychała. O czym poinformowały się beztrosko pielęgniarki nad moją glową.

Nie dotknęła mojej skóry, nie moglam jej przytulić.

Nie powiedziano mojemu mężowi, czekającemu w szpitalnym holu, że dziecko juz jest na świecie. Nie wspomniano mu nawet o problemie z oddechem. Pokazano mu korytko z cichym zawiniątkiem, pozwolono zrobić zdjęcie i odesłano do domu. Na szczęście zanim poszedł, po kryjomu wdarł się na salę pooperacyjną, żeby mnie zobaczyć. Zanim wywaliła go drąca pysk pielęgniarka zdążył mnie uspokoić, że mała jest żywa i różowa.

A potem nastąpiło najgorsze 24 godziny w moim życiu, kiedy leżałam sama na sali pooperacyjnej, umordowana sykiem rękawa do ciśnienia, bólem i zdruzgotana przebiegiem całej akcji. Tamtej nocy coś się we mnie złamało. Miałam cholerne poczucie winy, że zrobiłam krzywdę swojemu dziecku i świadomość, że to moja wina. Sama czułam się zgwałcona i upodlona.

Następnego ranka trzymana za fraki przez pielęgniarza zeszłam 2 piętra po schodach na normalną salę. Od dziewczyny z sali pożyczylam telefon i zadzwoniłam po męża. Dokuśtykalam do pokoju obok gdzie leżały noworodki. Pielęgniarki z ochotą pozbyły się balastu i przekazały mi korytko. Postawiłam łożeczko obok łóżka i usiadłam. To byl błąd, bo wstać juz nie mogłam. Siedziałam i modliłam się, żeby mój facet przyjechał jak najszybciej i żeby dziecko nie zaczęło płakać. Nie byłabym w stanie wyjąć go z łóżeczka.

Siedziałam w szpitalu 5 dni. Na koniec miałam już klasyczną depresję, ryczałam jak tylko ktoś na mnie spojrzał, w końcu zażądałam wypisu na wlasne życzenie. Wtedy nagle łaskawie uznano, że dzieciak w sumie nie jest juz taki żółty i może wystarczy mu parę spacerow po słoneczku.

Ale w domu wcale nie było łatwiej. Uszkodzone żebra w połączeniu z przeciętym brzuchem pozwalały mi karmić tylko w jednej pozycji. Dziecko jeszcze 2 tygodnie po porodzie było tak nieprzytomne, że zasypiało po dwóch lykach mleka, musiałam bez przerwy ją laskotac w policzek. Błyskawicznie dostałam kręczu szyi, potem zastoju i gorączki. Nie spałam - mając w pamięci problemy małej z oddychaniem, nasłuchiwałam każdego sapnięcia. Jak była zupełnie cicho to też źle, bo musialam wstać i upewnić się, że żyje.

Inne skutki były mniej oczywiste. Problemy logopedyczne, słaba mała motoryka, zaburzenia lateralizacji, niechęć do czytania, problemy z pisaniem.

Ja przeżyłam. Ona też.

Byłoby to całkowicie satysfakcjonujące zakończenie. Gdzieś w okolicach roku 1516.

Ale czy dziś w rodzeniu dzieci chodzi wyłącznie o to, żeby przeżyć?

10:40, very_bad_mother
Link Komentarze (12) »
wtorek, 11 października 2011

No to zgodziłyśmy sie co do zasady (to ulubione powiedzenie prawników), że dwoje dzieci z bardzo małą różnicą wieku to bardzo duże obciążenie dla matki. I że nie wszystkie matki sobie z tym potrafią poradzić.

Ale żeby nie było tak całkiem różowo - duża różnica wieku ma swoje gorsze strony. Niektórych już doświadczyłam.

Otóż małe dzieci (stwierdzam na podstawie obserwacji) przyjmują ciążę i zmiany w ciele matki w sposób naturalny. Ciekawi je dzidzia w brzuszku, pukają, rozmawiają.

Nasze dziecko numer jeden długo nie przejawiało potrzeby rodzeństwa. W wieku lat 6 wręcz deklarowało, że nie życzy sobie żadnych ryczących bachorów. Następnie urodzil sie drugi brat cioteczny i Jedynka po raz pierwszy w świadomy sposób obejrzała niemowlę. Wzięła na kolana. "Moglibyśmy mieć takie dziecko" - zawyrokowała wreszcie. Na szczęście jej łaskawe pozwolenie było zbieżne z naszymi planami, wydawało się więc, że wszystko pójdzie gladko.

O ciąży powiedzieliśmy jej pod koniec trzeciego miesiąca. Nie miałam parcia na oglądanie czarnej kropki na nienawistnym mi USG TV, z wizytą u lekarza zwlekałam do 10 czy nawet 12 tygodnia. Wyszliśmy z zalożenia, że po 3 miesiącach będzie większa pewność, że ciąża się utrzyma. Potem obejrzeliśmty na usg calkiem foremnego 2 cm człowieka radośnie ruszającego kończynkami. Wtedy powiedzieliśmy córce.

Reakcja przeszła nasze oczekiwania. Jedynka zamknęła się w pokoju, nakryła głowę koldrą i zaczęła szlochać. Łagodnie wypytana zwierzyła się, że nie wie co czuć. Była po prostu tak skonsternowana, że się popłakala! Kilka dni dochodziła do siebie a potem oświadczyła, że skoro już ma być dziecko, to absolutnie, bezwzględnie, ostatecznie i nieodwolalnie musi to byc dziewczynka. Na nic argumenty, że to poza naszą jurysdykcją. Siostra i już.

Niestety bardzo szybko okazało się, że z siostry nici. Jedynka wyparła tę wiadomość. W rozmowach prostowała moje słowa - "nie, to nie jest chłopiec. Ja też mialam być chłopcem,a jestem dziewczynką, lekarz sie pomylił".

Potem pokazał się brzuch. I moja córka mnie odrzuciła. Totalnie i konsekwentnie. Przestała się do mnie przytulać. Przestała mnie dotykać. O macaniu brzucha nie było nawet mowy. Jeśli ubrałam sie w coś obcisłego syczała "Co ty wyrabiasz?! Wszystko ci widać!". Zabraniała mi przychodzić do szkoły z widocznym brzuszkiem (a naprawde było go tyle co kot napłakał). Nie mogłam jej publicznie całować. Nie siedziałyśmy obok siebie na kanapie. Zaszczytu miętolenia dostępował tylko tatuś.

Wróciłam do łask dopiero niedawno. Kosztowało mnie to sporo pracy i kasy wydanej.... na ubranka dla małego. Jedynka okazała się czuła na punkcie wizerunku swojego brata. Kiedy zaczęłam kompletowac wyprawkę wkroczyła i stanowczo zadecydowała co będzie a czego nie będzie mógł nosić. W sklepie pozwalałam jej wybierać (w rezultacie mam całkiem sporo uroczych skarpet i bucików za to zbyt mało body i żadnej pieluchy tetrowej). Mojej matce udało się ocalić kilka najmniejszych ubranek po Jedynce i to też ją udobruchało. Przy każdej okazji oglądałyśmy zdjęcia i filmy z jej dzieciństwa, opowiadaliśmy mnóstwo anegdotek. Wreszcie któregoś dnia Młoda narysowała mi na brzuchu koślawego ludzika. Wciąż jest daleka od czułości, nie próbuje gadać z dzieckiem, przytula się, ale generalnie niechętnie dotyka brzucha.

Nie wiem, czy to typowa reakcja starszych dzieci. Moja teściowa, która urodziła trójkę w równych 7-letnich odstępach wspominała, że najstarszy nie pozwalał jej zbliżać się do siebie, kiedy była w ciąży z najmłodszym. Koleżanka, właścicielka młodszego o 13 lat brata opowiadała mi, że okropnie wstydziła się matki w ciąży.

Mam tylko nadzieję, że po urodzeniu małego Jedynka odzyska smukłą matkę i wszystko jakoś się ułoży. Ale trochę mam stracha. Że to był dopiero wstęp i jej wysokość jeszcze da nam popalić.

poniedziałek, 10 października 2011

Jako matka całkiem dużego potworka z zainteresowaniem prześledziłam pewien wątek na forum dla rodzących w listopadzie (nie dam linku bo mnie chyba wykreślili, a nie chce mi się zapisywać drugi raz). Wątek dotyczył różnicy wieku między dziećmi.

Nie byłam jakoś szczegolnie zdziwiona, że jestem w mniejszości. Naprawdę dużo kobiet decyduje się na dziecko po 3, 4 latach. Mój własny brat, Wysoki, ma dwóch synów w odstępie niecałe 5 lat. Sam Wysoki jest ode mnie młodszy 4 z kawałkiem. Mam wrażenie, że jakoś tak to natura urządziła, może tyle trzeba, żeby zapomnieć poprzedni poród, a może człowiek w końcu się wyspał, znów mu odbija i zaczyna harcować w sypialni z wiadomym efektem. Poza tym dzieci w tym wieku zaczynają pytać o braciszka.

Zdumiała mnie za to ilość kobiet mających jedno po drugim, ale tak dosłownie. Rok, półtora do dwóch różnicy między młodszym i starszym. Argumenty niezmiennie te same - będą sie razem bawić, lepiej za jednym balaganem to przejść, będzie z głowy.

No będzie, ale czy po tym jeszcze zostanie wogóle jakaś głowa? Laski, które się na to decydują, mają po pierwsze świętych mężów (sama slyszałam - Aluś masuje, nosi, znosi, prasuje), po drugie żelazne dupy, po trzecie wytrzymałośc nosorożca. Są też takie, które nie wiedzą w co sie pakują. Te nawet po latach wspominają okres wczesnodziecięcy swoich pociech z pewnym drżeniem w głosie.

Stosunkowo mało jest matek dwójki dzieci z dużą różnicą wieku. Tu, obok świadomego wyboru, pojawiają się jeszcze dwie motywacje. Jedna to nowe małżeństwo. Zanim sie po starym posklejało życie do kupy to czas mijał a nowy związek scementować trzeba. Dzidziusiem. Drugi powód to wpadki. Z tym, że późną wpadką bywają często trzecie dzieci. Czasami zdarzają się jeszcze problemy z płodnością.

Czyli jako ciężarna matka jednego całkiem dużego stwora jestem w mniejszości. Napotykam różne reakcje, najczęściej niedowierzanie - "Aaa, to już drugie? Niemożliwe, a pierwsze kiedy było, w przedszkolu?", czasami udawane zrozumienie - "No na pewno będzie Ci łatwiej, taka duża dziewczynka, to już prawdziwa pomoc. Tylko nie będą mieć ze sobą kontaktu" - dodają życzliwi na koniec z lekkim smuteczkiem.

No cóż, 8 lat to duża różnica wieku. Ale ja nigdy nie dążyłam to tego, żeby się moje dzieci okladały nawzajem łopatką w piaskownicy. Pamiętam jak dziś, że sama ogromnie chciałam mieć brata. Kiedy urodził się Wysoki rozczarowanie (mały, czerwony, bezużyteczny wyjec), połączone z deprywacją rodzicielskiej uwagi, było bardzo dotkliwe. Do dziś nie mamy jakiegoś szczególnego kontaktu.

Dalam mojej córce 8 lat wyłącznej uwagi. Nawiązalam z nią więź tak głęboką jak tylko byłam w stanie. Teraz część uwagi mogę skierować spokojnie na małego. Liczę też, że lekkie uwstecznienie, jakie zalicza każdy starszak po narodzinach młodszego rodzeństwa opóźni błyskawiczne dojrzewanie, które funduje dzieciakom dzisiejsza szkoła i otoczenie. Nie ukrywam też, że samodzielność starszej jest mi bardzo na rękę. Jakbym chciała jedno ubierać i jednocześnie drugiemu wiązac buty, to bym się zatrudniła w przedszkolu. Co więcej można pomagać w odrabianiu lekcji jednocześnie karmiąc piersią. I nie trzeba się martwić, że 3-latek przypadkiem wybije niemowlakowi oko, albo udusi go miśkiem.

Będę miała dwoje jedynaków. Czy to nie lepsze niż "udawane" bliźnięta, między którymi jest 10 mies. różnicy?

 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin