Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
środa, 01 czerwca 2011

Zła matka na Dzień Dziecka kupuje rower.

Co to za zła matka pytacie? W końcu rower to fajna rzecz i nietania.

A to już wyjaśniam.

Zła matka na Dzień Dziecka kupuje rower dostarczony przez kuriera w stanie rozłożonym.

Dziecko zagląda do paczki widzi parę rurek i gołą ramę mówi "Eeee, to ja idę do dziewczyn, bo mają basenik w ogródku".

Oklasków nie trzeba.

PS. Roweru nie ma komu złożyć, bo matka jest w pracy, dziadek w Chorwacji a babcia ma reumatyzm.

Korporacyjny ojciec objawi być może zdolności manualne wieczorem pod warunkiem wszakże, że nie pojawi się: 1. niecierpiący zwłoki e-mail o 17.00, 2. prezes z pytaniami 3. szef z budżetem 4. Szefowa marki bez budżetu 5. więcej e-maili.

next day edit:

Bike looks like this:

http://allegro.pl/piekna-holenderka-24-highlander-kolekcja2011-i1573494040.html

Korporacyny ojciec okazując odpowiednią dawkę cierpienia (zmęczony i zgrzany) skręcił rower gubiąc tylko jedną śrubkę.

wtorek, 31 maja 2011

Uległam podszeptom Szatana.

I otworzyłam puszkę Pandory.

A było to tak.

Napisałam post na forum Gazeta.pl.

Tak, tak, nie wiem co mnie podkusiło. To znaczy wiem, siły piekielne z pewnością. Fora gazety znam nie od dziś, czasem z nudów w pracy podczytuję dla rozrywki co smakowitsze wątki, szczególnie w dziale Życie rodzinne, Wychowanie bez porażek, Brak Seksu w Małżeństwie i takie tam. Regularnie odwiedzam tez bloga wesołego homosia Navairy (polecam naprawdę http://heteroseksualisci.blox.pl - teraz się biedak zakochał i rzadko pisze, ale czytając archiwum też można posikać się z radości), który komentuje forumowe wątki dotyczące problemów damsko-męskich. Sam miodzio.

Fora to pole dla agresywnych, zgryźliwych, wszystko wiedzących bab, wiedźm, Pań.

Weekendowe awantury jednak odebrały mi chwilowo zdolność jasnego myślenia jak również przyczyniły się do znaczącego wzrostu irracjonalnego niepokoju. Niepokój dotyczy potomka młodszego.

Tak wiem, że miałam na niego zlew totalny. Ale odkąd powiedziałam starszej latorośli, jestem zasypywana pytania o "dzidziusia". A kiedy się urodzi, a czy to chłopiec, ona woli dziewczynkę, ojej naprawdę jest takie małe? I zwyczajnie trudno zachować obojętną, szwajcarską neutralność słuchając tego szczebiotu. 

Tak więc z początku pojedyncze natrętne myśli "tam nic nie ma", zamieniły się w potok wyrzutów "zrobiłam mu krzywdę, na pewno zrobiłam mu krzywdę, ryczałam całą noc, trzęsłam sie z nerwów, zdejmowałam firanki, wieszałam firanki, nosiłam ciężkie rzeczy, boli mnie brzuch, czy to mięśnie, czy to skurcz, coś mnie kłuje po lewej..." itd.

Mam lekarza za dwa tygodnie. Uznałam, że przez ten czas zeświruję. I zamiast wziąć jak Pambuczek przykazał napisać pytanie do wujka Gugla o usg w Warszawie, napisałam na forum Ciąża. Nie wiedzieć czemu wyobraziłam sobie, że dostanę odpowiedź w rodzaju: "Cześć kochana zła matko, ja też się niepokoiłam i poszłam na usg do gabinetu na ul. XXXX, gdzie przyjęto mnie z dnia na dzien bez skierowania."

Idiotka. Ja.

Ale suma sumarum dowiedziałam się ciekawych rzeczy.

Najpierw wysłano mnie do psychiatry. Bo nerwica to poważny problem.

Jak równiez do psychologa. Bo jak wyżej.

Starałm się delikatnie dać do zrozumienia radzącym, że nie o swoje zdrowie psychiczne się martwię ale o dobrostan małoletniego. Tego w brzuchu i tego poza. Tak własciwie to nawet bardziej się martwię o tego poza brzuchem. Nie umiem sobie wyobrazić jak tłumaczę, że "dziudziuś"  odszedł zanim przyszedł.

Radzące kobiety na moje wykręty odrzekły zgodnie, że to typowe dla polskiego zaścianka uznawać wizytę u psychologa za rzecz wstydliwą. Że opinia o psychologach, którą nieoaptrznie wyraziłam (to zwyczajni ludzie są, nie cudotwórcy), jest dyletancka i typowa.

Ale, ale... chyba nieco zgryźliwie - choć może jestem przewrażliwiona, w końcu mam nie odczynioną nerwicę - doradzono mi zakup detektora tętna płodu.

To takie coś, co przykłada się do brzucha na żel, jak usg i przy odrobinie szczęścia można znaleźć, gdzie bije serce małego. Internet pełen jest ostrzeżeń o błędnych odczytach, złym wpływie ultradźwięków i zgubnych skutkach lekceważenia innych niepokojących sygnałów, bo serce bije. Jest też pełen entuzjastycznych opinii kobiet, które w ramach autoterapii raz na tydzień (częstotliwość zgodnie uznawana za bezpieczną) słuchały sobie serca dziecka.

Zamówiłam to coś. Jak dostanę, to napiszę czy mi się udało to tętno znaleźć i czy rozwiało to moje obawy.

Jeszcze tylko słowo o psychologach i spadam.

Drogie radzące. Człowiek naprawdę mocno przygnieciony problemem depresji, nerwicy, załamania czy lęku nie jest w stanie pójść testować 5 psychologów na zasadzie, z którymś wreszcie zaskoczy. Nie mówcie tak pochopnie:

A u ilu psychologów konkretnie byłaś, i ile wytrzymałaś na terapii?
Psycholog też człowiek, jedni są lepsi inni gorsi, trzeba trafić na odpowiedniego.

To nie działa. Widziałam jak bliska mi osoba, w stanie psychicznym złym, po wyjściu od "niewłaściwego" psychologa znalazła się w otchłani tak głębokiej, że nie była w stanie iść, mówić, wsiąść do samochodu. A to były tylko zwykłe słowa. Zwykły psycholog. Zwykły człowiek. Może rano pokłócił się w domu. Może ktoś go opuścił. I nie starczyło empatii. Zwykłe słowa prawie zabiły.

Nie jestem przeciwna psychologom. Znam wielu, prywatnie również. Przeszłam terapię. Nigdy więcej się na to nie zdecyduję. Trochę mnie też przerażają wypadki uzależnienia od psychologa, które widuję.

Np. M. Był moment, że strasznie chciała się ze mną zaprzyjaźnić. Nie czułam chemii. Wszystko nas dzieliło. Ona starsza, samotna, inne środowisko, kompletnie innych charakter, inna filozofia życia, nawet jej spośób odżywiania mnie drażnił. Nie miałam o czym z nią rozmiawiać. O dzieciach? z singielką? O niewiernych facetach? Nachalnie zapraszała na kawę, a ja wpadałam w panikę. Aż wreszcie wymsknęło jej się pewnego dnia, że psycholog kazała jej z kimś pogadać. Z KIMŚ. W sumie sie ucieszyłam, bo uwolniła mnie od wyrzutów. Jak źle musi być, żeby zwierzać się komukolwiek na polecenie psychoterapuety?

Więc strzeżcie się pułapek psychoterapii.

Ale o czym to ja... No tak, w końcu na forum znalazła się jedna dobra dusza, która odpisała, że czuje to samo co ja i żebym się nie martwiła. Niestety z miasta innego niż moje, więc gabinetu na usg nie mogła polecić.

Ale nic to. Zapytamy wujka G.

PS. Przygoda z forum zaowocowała komentarzami. Ewntualnych chętnych do czytania czuję sie w obwiązku przestrzec. Nie będe pisywać regularnie albowiem często bywam w tak czarnej dziurze, że za dużo czasu zajmuje mi pamietanie o oddychaniu. Zachowywanie dystansu do wydarzeń też nie jest moja stałą cechą. Please feel warned.

PS II. Tak jakoś chyba wyszło z poprzedniego wpisu, że mój korporacyjny mąż to obrzydliwa larwa. Być może. Jednak jest to larwa kochana przeze mnie dziwnym rodzajem masochistycznej miłości, który przejawiają dziś tylko żony górników i narzeczone seryjnych morderców (patrz Nate Haskell, kto ogląda CSI Las Vegas 11 sezon, ten wie). Chyba o tym będzie następnym razem so stay tuned.

09:13, very_bad_mother
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 maja 2011

Weekend obfitował w atrakcje. Najpierw usiłowałam spalić dom. A potem się wyprowadziłam.

W skrócie i po kolei było to tak.

Przez ostatnie dwa tygodnie miałam przypływ niezwykłej i pozytywnej energii. Bez umiaru (umiar jest dla buddystow i stoików) rzuciłam się do porządków, przenicowałam chałupę i zapobiegawczo wyczyściłam pare półek i szuflad z myślą o dziecku. Pod koniec tego sajgonu poczułam się ździebko zmęczona, ale dobrnęłam szczęśliwie do ostatniej szufladki, odkurzyłam zmyłam i odtrąbiłam odwrót na kanapę.

Przed długo wyczekiwanym weekendem (no bo wreszcie i pogoda i porządek i spokój w duszy) korporacyjny mąż oznajmił, że ma sobotę pracującą.

Jako zła matka postanowiłam odpokutować grzechy, zrekompensować brak ojca i w sobotę udałam się do kina z potomkiem starszym.

Na kuchence zostawiłam garnek z ryżem. Na małym bo małym ale włączonym palniku.

Po powrocie zastałam swoje świeżo wystprzątane i odmalowane miesiąc temu mieszkanie w kłebach dymu.

Zwykle niewiele mi trzeba, więc załamanie miałam jak w banku. Korporacyjny mąż wspinając się na wyżyny empatii, poklepał mnie po plecach i oznamił, że nic się nie stało. A następnie wlazł za szafkę ze sprzętem i zaczął podłączac głośniki.

Z cisnieniem rosnącym z minuty na minutę pozdejmowałam wszystkie trzy dni wczesniej uprane firanki, narzuty, pościel. Zmyłam podłogi, szafki i ściany. Wszystko w wilgotnym przejmującym przeciągu.

A potem poszło od słowa do słowa. Dziecko wciągnięte w bitwę dołożyło swoje. Wyszłam nie zabierając nawet szczoteczki.

Tamtej nocy deszcz dzwonił o dach, mała rzucała się przez sen a ja myślałam tylko tym jak złą matką jestem. Najpierw obwiniałam jego. Bo dla ślepego oczywistym musi być, że nie jestem dla niego włąsciwą kobietą. On mnie w zasadzie nawet nie lubi. Potem obwiniałam siebie. Bo na fali wznoszącej zdecydowałam się na dziecko, ślepa na oczywistości.

A potem znalazłam wroga doskonałego.

Korporację.

Gdyby nie praca po 12 godzin dziennie nie stalibyśmy się sobie tak obcy. Gdyby nie drastyczna róznica dochodów nie byłoby między nami zawiści. Gdyby nie brak czasu nie byłoby konfliktów o weekendy, wakacje, wizyty w szkole. Gdyby nie zmęczenie nie brakowałoby mu cierpliwości do córki. Kiedyś ją miał. Kiedyś ja miałam rozowe okulary i widziałam w nim zbawienie, zwykłego faceta oferującego zwykłe życie, grilla w sobotę i gołąbki na obiad. 

Dzisiaj widzę tylko zmęczonego, korporacyjnego żołnierza, z podpuchniętymi oczami i brzuchem zbyt okrągłym od słuzbowych lunchów i kolacji. Zawsze w pancerzu, niezbędnym by przebijać się przez korporacyjne korytarze, gdzie świszczą nad glowa strzały plotek i zawiści. Z bronią gotową do strzału, żeby w każdej chwili móc odgryżć się za agresję współpracowników. Zawsze czujny, żeby nie wpaśc w gęsto pokopane dołki. Z nieodłącznym blackberrym w ręku.

Czasami zastanawiam się na poważnie, czy w razie rozwodu nie powinnam pozwać Firmy o odszkodowanie za rozpad małżeństwa. W Stanach dobry adwokat znalazłby mi na to jakis paragraf.

Chyba zmienię nazwę bloga na żona korporacyjna.

W niedzielę wróciłam do domu.

poniedziałek, 16 maja 2011

Była bardzo udany.

Dzień był ciepły i słoneczny.

Bardzo Zła Matka poinformowała szefa, że rośnie jej brzuch. Szef nie wywalił jej na zbity pysk.

Poinformowani współpracownicy, złożyli gratulacje, tudzież dobrowolnie wywiesili kartkę na palarni z wezwaniem do szczelnego jej zamykania, czym wzruszyli matkę prawie do łez. Prawie, gdyż truta dymem od 2 lat, co miała skumulować to już skumulowała i rozmiary dzieciaka zależą już tylko od jego własnej determinacji.

Dziecię starsze, odebrane z babcinej przechowalni miało w kieszeni tylko jeden papierek po cukierku. Miało też całe spodnie i niezbyt uświnioną bluzkę. Sukces.

Tradycję piątku trzynastego ufetował korporacyjny mąż wracając do domu o 3-ciej na ranem uwalony w trupa.

I chwała mu za to.

Gdyby nie on, pomyślałabym jeszcze, że zaczyna mi się w życiu układać.

 

12:54, very_bad_mother
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2011

Przypominam, że nie jestem przeciętną złą matką. Jestem matką bardzo złą. Krzyczę na swoje starsze dziecko a młodsze regularnie zalewam potokiem kortyzolu. Używałam i zamierzam używać jednorazowych pieluch, szczepiłam i będę szczepić nie zważając, że stawiam swoje dziecko na "linii strzału", jak to okreśłiła jedna z anty-szczepionkowych matek dających świadectwo na stronie ekorodzice.pl. Narażę je na autyzm, ADHD i porażenie mózgowe. W dodatku nie uzywam ekologicznych kosmetyków i nie piorę w ekologicznym proszku.

Shame on me.

A przecież tak łatwo można samodzielnie wyprodukować ekologiczny proszek. Jak radzi autor bloga sodaoczyszczona.bogspot.com - w razie gdy zabraknie Ci proszku a NATYCHMIAST, podkreślam wężykiem, NATYCHMIAST musisz zrobić pranie, weź po prostu:

- kostę naturalnego mydła, najlepiej kastylijskiego lub marsylskiego (mam, mam oczywiście, cały zapas mam pod zlewem na wypadek gdybym nie mogła spać i postanowiła produkować proszek ekologiczny, w końcu naturalne mydło kastylijskie można kupic na każdym rogu)

- szklankę sody oczyszczonej (oczywiście także posiadam, kupuję na allegro na kilogramy, tudzież w sklepiku po 20 torebek na raz, nawet pani kasjerka zapytała mnie czy będę tym truć wszystkie koty z okolicy)

- szklankę boraksu (także jest to artykuł podręczny w mojej kuchni, na wypadek gdyby zupa była za słona, to mogę się z miejsca otruć i tym samym uniknąć losu pani z tego strasznego billboardu)

Teraz wystarczy tylko zetrzeć mydło na tarce i pomieszać z białym proszkiem i VOILA, można NATYCHMIAST robić pranie. Przedtem tylko wyjaśniamy krótko i dobitnie panom z jednostki antyterrorystycznej, że to produkcja ekologiczna a nie laboratorium amfy.

Zła matka kiedyś dała sie nabrać na ekologiczne orzechy do prania. Przez trzy miesiące trwała w błogostanie, poczuciu troski o dobro planety i przekonaniu o własnej oszczędności. Po kwartale, kiedy już wszystkie ubrania w domu miały szarobury kolor (bardzo ekologiczny zresztą), korporacyjny mąż zażądał dopierania kołnierzyków i mankietów koszul ręcznie a zła matka doszła do wniosku, że woli gładką skórę na swoich rękach niż dobro planety. Część zszarzałej białej bielizny koszmarnie zła matka bardzo złej matki bardzo ekologicznie wygotowała w garnku z odplamiaczem. Resztą zasiliłyśmy kosz PCK.

Teraz przerzuciłam się na płyn do prania "Biały jeleń". W kooperacji z odplamiaczem jest całkiem skuteczny a ta swojska nazwa gasi nieco kaca moralnego, który pozostał po przygodzie z orzechami.

W ogóle zła matka poogladała sobie dwukrotnie tego nieszczęsnego potomka na USG i trochę się nim bardziej przejęła niż na początku.

Ale jutro będzie piatek 13, więc na wszelki wypadek nie przywyczajam się do swojego dobrego humoru. Na pewno wydarzy sie coś nieprzyjemnego.

A poza tym odkąd jestem w ciąży czarny kot przebiegł mi drogę dwa razy. Za drugim razem starsze dziecko wołało jeszcze za nim kici kici. Wyrodny bachor.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Wszystko co robię, robię źle.

Od miesiąca jestem w ciąży, której sama chciałam.

Dzisiaj przejrzałam strony o farmakologicznej aborcji.

Może moje kolejne dziecko nie zasługuje na taką złą matkę.

Może mój mąż nie zasługuje na taką złą żonę. Przecież jest przystojny, pracowity i zamożny.

Zaraz będzie za późno.

Każdego dnia żałuję, że jestem.

taka zła

taka samotna

taka niezaradna

taka smutna

taka nerwowa

taka ruda

Do jutra na pewno coś sobie jeszcze złego przypomnę na swój temat.

17:18, very_bad_mother
Link Komentarze (2) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10
 
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin