Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
niedziela, 06 maja 2012

Czy to kazałyście mi przemyśleć w komentarzach? Dokąd zmierzasz Zła? Po co Ci to wszystko? Walnij robotę w kąt. Co będziesz wspominać z tego amoku po latach?

Przemyślałam.

Długi weekend był wręcz kwintesencją naszego wspólnego życia. Pigułką w pigułce i śmietanką śmietanek.

Zaczęliśmy go wcześniej wolnym dniem, który spędziliśmy w markecie budowlanym. Następnie zaliczyliśmy imprezę jubileuszową Szalonej Babciusi. Klasyka. Fatalna urobiona po uszy, Babciusia niezadowolona i wściekła jak osa, ciotki kąśliwe, korporacyjny obrażony - w zasadzie bez powodu, ot tak do kompletu.

W niedzielę najbardziej kuriozalny piknik jak zdarzyło mi się przeżyć. Mieszkamy na obrzeżu miasta, z kawałkiem wybiegu dla kota i polem pod nosem. Płacimy za to dojazdami do stolicy ale nigdy żadne z nas nie narzekało. Bo zapach majowej łąki o poranku jest bezcenny. Na piknik zaprosili nas znajomi do Powsina. To co zaobaczyłam na miejscu było jakąś odmianą jednego z dolnych kręgów piekielnych. Na skraju osranego lasku, na łace na której traktor nie dałby rady się dobrze rozpędzić, w 34 stopniowym upale mieszkańcy Ursynowa zażywali majówki. Oznaczało to kocyki w zagęszczeniu podobnym do plaży w Krynicy w lipcu i minigrille oraz ogniska z 2 metry. Wróciłam półżywa, przytruta kiełbasą i uwędzona dymem.

W poniedziałek udaliśmy się do pracy (albowiem macierzynski mój dobiegł końca i wróciłam do pracy). Ja wypadłam z roboty o 15.00, po drodze odebrałam obrażoną Jedynkę ze świetlicy, połknęłam płuca robiąc zakupy, przyjęłam na klatę ryk Młodego i wściekłą minę Fatalnej by stanąc przy kuchni i naszykować kolacje dla rodziny korporacyjnego, która postanowiła na majówkę przybyć do stolicy. Korporacyjny wrócił o zwykłej porze, czyli o 19.00 dostarczając 3 litry wody i 6 kartonów karotki (która jak wiadomo jest idealna na upały).

Rodzina zwinęła się szczęściem we wtorek po poludniu.

W środę dla odmiany pokłóciliśmy się. Oficjalnie z mojej winy, gdyż narzekam i nie zdążylam policzyć metrow kafelków potrzebnych do remontu, po które korporacyjny ofiarnie zadeklarował się udać. Nieoficjalnie po prostu dawno nie było dobrej awantury zakończenej grożeniem papierami rozwodowymi.

W czwartek udaliśmy się dla odmiany w odwiedziny do rodziny. Tamże przez dwa dni kursowałam między wózkiem a kuchnią, a korporacyjny zwiedzał krzaje nad Bugiem nabierając mocy do dalszego zapieprzania w korpo.

Ale ja tez nabrałam trochę mocy. Już wiem po co to wszystko.

Tam nad Bugiem mamy kawałek pola. Mikroskopijnie przklejony do latyfundium mojego wuja. I jak już kompletnie złachana byciem złą żoną i złą matką, pracą, życiem w mieście i życiem w ogóle stanę się bezużyteczną grecką staruszką, pozbawiona środków do życia (bo emeryturę będę miała państwową) to wtedy pojadę na to pole, położę się o świcie w świeżej bruździe i jak Boryna oddam ducha.

Ale za to na swojej wlasnej ziemi.

O ile korporacyjny nie odbierze mi jej wcześniej na sprawie rozwodowej.

11:46, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (8) »
środa, 14 marca 2012

Nie jest dobrze.

Dlaczego o tym nie napisałam? Zajrzałam do pierwszego wpisu na tym blogu. Wtedy tez nie było dobrze. Założyłam sobie blog, żeby ponarzekać. Wylać. Obsmarować co się da. Dlaczego tego nie robię? Cholera, po to jest ten blog. A ja nie jestem supermenką.

Ugrzęzłam po uszy na własne w zasadzie żądanie.

Jestem słynna jako ta "co dostała nową pracę, będąc w ciąży". Ale uwaga dzieweczki, które pragnęłybyście powtórzyć ten wyczyn. Nic nie jest za darmo.

Chcąc spłacić dług (no bo to w naszym kraju nie jest normalne, w takiej Szwecji laska w ciąży idzie i dostaje robotę, a potem niańczy sobie bejbusia a stołek grzecznie czeka), zatem chcąc spłacić dług wdzięczności, zadeklarowałam, że pracy dopilnuję też w trakcie urlopu.

Nie przewidziałam jednak, że dla osłabionej porodem, zimą, anemią i dodatkowymi obowiązkami kobiety, stres związany z terminami, użeraniem, pretensjami itp. katalogiem atrakcji może być zabójczy.

I teraz noszę ten stres zamiast nowej torebki na wiosnę. W nocy otwieram oczy, żeby nakarmić dziecko, które je i usypia. A ja leżę i walczę z mdlącym poczuciem, że czegoś zapomniałam. Nie zdązymy. Drukarnia się nie wyrobi, grafik się opierdala. Nie zdążymy. Leżę godzinę, dwie. Świta. Karmię znowu. Wstaję opuchnięta i odrętwiała. Jem coś, przewijam, usypiam. Otwieram komputer. Jest coś. Zaakceptować? Nie, a jak sie przyczepią? wysyłam do opiniowania. Kolejne uwagi, wracamy do punktu wyjścia. Nie zdążymy. Stres owija się jak wąż wokół szyi.

Tonę w bagnie. Nie mogę zrobić nic konstruktywnego. Wypełniam umowę. Brakuje numeru dowodu. Trzeba wstać, wyjąć portfel z torebki. Przerasta mnie te kilka kroków. Siedzę i zaczynam płakać. Niewypełniona do końca umowa zawisa mi u pasa kolejnym kamieniem. Tylko czekać aż zbierze się ich tyle, że pociągną mnie na dno.

I jeszcze dzieci. Małe płacze. Przywiązane do mnie niewidzialną nicią przeżywa pewnie mój stres. Starsze cierpi. Wykrzykuje z nienawiścią swoje cierpienie, wali we mnie, a ja staram się milczeć. Ważę każde słowo by nie potęgować agresji. Rozmowa z moim starszym dzieckiem jest jak negocjacje z niestabilnym psychicznie terrorystą trzymającym na muszce zakladników. Jedno nieostrożne słowo i wszyscy zginą.

Dziś próbuję coś zmienić. Szukam punktu odniesienia. Nie może być nim praca. Nie po to żyję. Pójdę na dwór. Ogród pachnie mokrą ziemią. Brakuje mi kawy...

Niech ktoś rzuci mi linę, żeby mogła wydostać się z tego tłustego błota codzienności.

10:36, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 12 marca 2012

Bardzo Zła odpadła z konkurencji blogowania na akord.

Zwyczajnie nie daję rady.

Przez miesiąc wydarzyło się tyle co przez pół roku.

Np. wypadła mi połowa włosów.

Spadła mi cała waga ciążowa i jeszcze trochę tej sprzed (co oznacza wygląd wieszaka obciągniętego nieco luźną skórą).

Było jakiś czas tak uroczo, że nie warto było pisać a potem zrobila się taka masakra, że nie chciało mi się otwierac oczu a co dopiero pisać.

Jako matka na urlopie macierzyńskim zapitalalam do roboty wlokąc ze sobą wózek z zawartością. Zawartość, która spędziła 3 miesiące życia w miłej ciszy i zimowym półmroku nie była zadowolona.

Jako żona korporacyjnego męża, który z narzędzi najbardziej lubi otwieracz do piwa, rozpoczęłam remont zrujnowanej chałupy, mającej stac się do jesieni wymarzonym miejscem na ziemi.

Nie wiem czy w tej chałupie zamieszkam w stadzie, czy sama z przychówkiem.

Aaa, przychówek starszy regularnie grozi wyprowadzką. Młodszy na razie nie grozi, ale to chyba wyłącznie przez brak umiejetności werbalizowania pragnień.

Grzęznę.

Znikąd pomocy.

11:58, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 lutego 2012

Co robi matka dwójki dzieci i żona męża notorycznie nieobecnego w domu do późnych godzin nocnych w obliczu totalnej awarii instalacji grzewczej po całym dniu bezowocnego oczekiwania na fachowca od naprawy?

Bierze instrukcję i idzie naprawiać piec.

Narzędzia używane przeze mnie do w/w dziłalności to:

- mała latarka reklamowa z rossmana znaleziona w torebce

- nożyk do obierania ziemniaków

- trzy śrubokręty płaskie różnego kalibru wygrzebane z dna szafy Korporacyjnego

Do chwili pojawienia się siły fachowej w godzinach późnowieczornych zdążyłam rozmonotować panel sterujący, zindetyfikować problematyczny czujnik i wcisnąć go na miejsce. Siła fachowa rozpoznała dodatkowy problem w postaci kamienia w dopływie wody. Domyślałam się, że tak może być jednak zabrakło mi klucza francuskiego do wykręcenia rurki.

Wniosek: powinnam przenieść śrubokręty do swojej szafy i uzupełnić je o klucz francuski.

Bo na pomocną męską dłoń już dawno przestałam liczyć.

Jak mawia Korporacyjny: Umiesz liczyć? Licz na siebie.

Howgh.

22:11, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (11) »
piątek, 03 lutego 2012

Dom, w który włożyliśmy wszystkie oszczędności dzisiejszej nocy uległ zniszczeniu.

Nie zdążyliśmy go ubezpieczyć ani wyremontować.

Z rozpaczy weszłam na portal gazety, żeby zobaczyć kiedy opuści nas w końcu ta syberyjska pogoda.

I dowiedziałam się, że dziecko, którego od tygodnia szuka cały kraj, nie żyje.

Zabiła je matka.

Teraz już naprawdę nie mogę powstrzymać łez.

Moje dzieci są bezpieczne.

Tylko to się liczy.

00:19, very_bad_mother
Link Komentarze (11) »
środa, 01 lutego 2012

Wygląda na to, że rozstaniemy się z powodu płaczu niemowlaka. I to na dodatek niemowlaka, który powinien mieć na drugie imię "wcielenie spokoju".

Ktoś zna głupszy powód kłótni małżeńskich?

Jak my w ogóle przetrwaliśmy Jedynkę, która wyła koszmarnie, bezustannie i bez powodu?

Something is wrong.

Tylko, że nie wiem co.

Jestem wierna, lojalna i wyrozumiała.

Ale kopać się nie pozwolę.

niedziela, 29 stycznia 2012

To zabrzmi irracjonalnie ale kochając bardzo swojego męża jednocześnie wciąż czaję się wokół niego ostrożnie spodziewając się w każdej chwili ataku.

Nasze konflikty nie są krwawe i pewnie nie różnią się od drobnych codziennych nieporozumień wielu innych małżeństw ale mimo to:

- nigdy nie wychodzę po kłótni z domu, a jeśli nawet to zabieram dziecko ze sobą. Żeby w razie czego nie mozna było mnie oskarżyć przed sądem o porzucenie rodziny i obciążyć alimentami.

- kasuję historię przeglądania po każdym użyciu komputera (nie żebym oglądała japońskie porno, ale np. dla zachowania bloga do własnej wiadomości)

- posiadam konto zarejestrowane na własne nazwisko, które w razie czego natychmiast podaję w pracy do przelewu wynagrodzenia, by zabezpieczyć sobie własne środki na przetrwanie

- wącham koszule po służbowych imprezach (nie jestem Grenouille ale perfumy męskie od damskich odróżniam)

I żyję złudną nadzieją, że nigdy mi się to wszystko nie przyda...

środa, 25 stycznia 2012

Nasz związek z KM jest idyllicznie piękny pod warunkiem, że:

- dzieci są zdrowe

- dzieci nie płaczą

- dzieci nie chodzą w nocy po domu

- Zła akurat nie sprząta (patrz poprzedni wpis)

- KM nie jest w konflikcie z szefem

- nie jest to okres rozliczania podatków

O dziwo zdarza się, że kilka powyższych okoliczności zachodzi jednocześnie (wszystkie razem to chyba nigdy). Żeby zatem uniknąć karczemnych awantur zakończonych groźbami wystosowania odpowiednich dokumentów do wydziału rodzinnego sądu okręgowego staramy się bardzo by przynajmniej dzieci nie szkodziły nam w byciu udanym małżenstwem.

Dzieci jednakowoż nie chcą współpracować.

Czy ktoś wie może, dlaczego syn nasz, podczas weekendowej podróży będący dzieckiem IDEALNYM (to trzeba napisać dużymi literami, bo on przez trzy doby nawet nie miauknął) w domu od godziny 17.00 do 23.00 rozpaczliwie ryczy?

Co miał w sobie hotelowy pokój, że pozwalał spać w nocy po 4-5 godzin? Czy to hałas i piski na basenie działały na niego tak kojąco podczas dziennych drzemek? Czy karmienie co 3 godziny zamiast na żądanie tak dobrze regulowało mu system trawienny? Czy ma tak głęboko w tyłeczku rodzicielstwo bliskości, że kiedy matka hulająca w bąbelkach spa i na saunie odpuściła mu nieustanne lulanie to poczuł się wolny i zrelaksowany?

A może on po prostu lubi podróże i siedzenie w domu go irytuje? Czy też denerwujemy go sami naszym zdenerwowaniem, że płacze? Czy może zgodnie z zaleceniami doktora Spocka należy go raz dziennie przewieźć z 1,5 godziny samochodem?

Gubię się w domysłach. Samotnie, gdyż z Korporacyjnym chwilowo nie rozmawiamy. Sytuacja nie spełnia warunków brzegowych.

Please help.

14:26, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przy okazji powolnego przekopywania się przez stos tygodników przywleczonych z roboty przez KM trafiłam na ten smakowity kąsek http://stylzycia.newsweek.pl/facet-z-miotla--czyli-wyznanie-domowego-obiboka,85985,1,1.html

Bingo! Mój Korporacyjny należy do elitarnej grupy 6%, której odkurzacz nie gryzie. Po wielu latach, podczas których konserwacja życiowej powierzchni płaskiej należała do moich wyłącznych obowiązków, dzięki narodzinom nowego potomka małżonek przypomniał sobie, z której strony jest włącznik odkurzacza. I to po zaledwie 3-krotnym pozostawieniu go samego z dziećmi.

Niezmiernie się cieszę. Niestety, nie zmieniło to mojej sytuacji w znaczący sposób.

Nadal mając w perspektywie sprzątanie chałupy zalewam się łzami.

Przyznaję, że to bardzo głupi powód do płaczu. Sprzątanie to jednak czynność przeze mnie tak szczerze i głęboko znienawidzona, podświadomie negatywnie uwarunkowana, że niemal nigdy nie obywa się bez okazywania gwałtownych emocji. Bywa, że jeżdżę szmatą i płaczę. Bywa, że wyżywam się na rodzinie. Albo oba naraz. Anthea Turner to ja na pewno nie jestem.

Moja matka spędzała większość czasu na sprzątaniu. Podejrzewam, że była to czynność kompulsywna, kanalizująca stres życia w PRL-u z dwojką dzieci i Wiecznie Nieobecnym. Odkąd pamiętam byłam sztorcowana za okruchy na podłodze, kapnięte mleko, rzucone ubranie. Jako 7-latka miałam za zadanie polerować naszą rumuńską meblościankę na wysoki połysk. Kiedy dumna z siebie zapraszałam do podziwiania swego dzieła, matka znajdowała niedoczyszczoną półkę albo krytykowała zbyt wysokie zużycie pasty do polerowania.

Powinnam zbuntować się i jako dorosła żyć w syfie. Wyuczony odruch jest jednak zbyt silny. Kurz na podłodze powoduje, że robię się nerwowa, zaczynają mnie swędzieć ręce, nie mogę się uspokoić dopóki nie przejadę odkurzaczem. Nasze gniazdko wychodzi na południe, co sprawia, że światło z okien przepięknie (szczególnie zimą, gdy słońce swieci nisko) eksponuje najcieńszą nawet warstewkę kurzu i każdą plamkę na panelach.

Kilkakrotnie próbowałam outsourcować znienawidzoną czynność. Pojawiały się różne Luby i Tatiany. Jednakże trafia mnie szlag na widok kobiety, która 8 godzin poświęca na coś, co ja robię w 2 (jestem ekspresowa, upraszczam i usprawniam co się da), cały dzień kręci mi się po chałupie a i tak nie zrobi wszystkiego co bym chciała.

Kiedyś dyskutowałam ze znajomą zakup maszyny Rainbow. Byłam generalnie niechętna wydawaniu dwóch pensji na coś, z czym i tak trzeba w garści zasuwać po mieszkaniu (co innego gdyby odkurzał sam). Dialog wyglądał tak:

Ja: No więc własnie był ten przedstawiciel i mimo wszystko nie jestem przekonana.

Znajoma: To okropnie hałasuje, jak nasza pani odkurza to muszę bardzo podgłaszać telewizor.

Kurtyna.

Wiecie, jak ja jej cholernie zazdrościłam? Nie, że ją stać na rainbow i panią do jego obsługi. Bo mnie też stać. Zazdrościłam jej, że potrafi siedzieć i oglądać telewizję, kiedy ktoś jej sprząta.

Bo ja bym nie potrafiła. Łaziłabym i sprawdzała, czy szmata do paneli nie za mokra, dlaczego jeszcze kafelki nie umyte, wytykała, że blaty w kuchni to jednorazowym ręcznikiem a nie szmatką ze zlewu.

Więc sama sprzątam. I płaczę.

14:14, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (12) »
piątek, 13 stycznia 2012

Nie pisałam, bo nie było na co narzekać. A jak wiadomo tylko bad news is a good news.

Ostatnio dużo spałam i późno wstawałam a potem jakoś nagle robił się wieczór i kolejny dzień można było odkreślić.

Nie przeszło mi całkiem rwanie na wolność ale przed nowym rokiem wybyłam z domu na dłużej jeszcze dwa razy. Zaliczyłam dwa przyjęcia wigilijne, upewniłam się, że świat o mnie nie zapomniał, wkurzyłam co poniektóre żeńskie istoty brakiem macierzyńskich stygmatów w postaci otłuszczonej dupy i wydałam kupę forsy w Zarze i Mango na wyprzedażach. Korporacyjny w tym czasie dzielnie trenował podwójne rodzicielstwo.

Dziś jednak moje domostwo nawiedziła mała plaga w postaci koleżanek Jedynki. I to wyrwało mnie z różowej waty samozadowolenia. 

Jedynka jest dość ładna, bardzo zgrabna, bardzo wysoka, bardzo wysportowana i całkiem bardzo roztrzepana i trochę tępa.

Nie zrozumcie mnie źle. Ja kocham to dziwne, wiecznie rozczochrane, całkowcie niepodobne do mnie stworzenie. Ale to nie zmienia faktu, że odmienność córki wymaga ode mnie sporego wysiłku, żeby ją zrozumieć.

Wychowywanie Jedynki przypomina walenie głową w ścianę. Wiem, że wielu rodziców odnosi takie wrażenie w stosunku do swoich urodzonych o czasie i naturalnie dzieci. Upór, krnąbrność, niedbalstwo, lenistwo - sama to przejawiałam od podstawówki. Moja Fatalna matka osiwiała głownie przeze mnie. Ale jednocześnie byłam inteligentna, oczytana, z bujną wyobraźnią i wchłaniałam wiedzę jak gąbka.

Moja córka jest całkowicie odporna na wiedzę. Przejawia cechy dyslektyczne. Ma zaburzoną lateralizację, problemy z koncentracją, późno zaczęła mówić, długo uczyła się czytać.

Konsultacje z ekspertami wykazywały zawsze nieprawidłowy rozwój motoryki małej.

Te wszystkie objawy są wymieniane przez przeciwników cesarskiego cięcia "na zimno" jako konsekwencje takiego porodu.

I chociaż z pewnością zaraz odezwie się wiele matek dzieci z cesarki, które są błyskotliwe, artystycznie uzdolnione, czytały w wieku 3 lat a mówiły od 6 miesiąca, to ja już zawsze będę walczyć z poczuciem winy, że wtedy się na to zdecydowałam.

Skończył się semestr, odebrałam ocenę i jest znowu to samo. Przyrzekałam sobie, że będę z nią więcej pracować, ale jej opór i moje własne lenistwo jakoś nam tu zawsze zawadzają.

A Fatalna nie przestaje wieszczyć Armaggedonu zepsucia i prożności w stylu Disney XD.

I ja też się tego obawiam.

Tagi: wychowanie
12:59, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin