Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS
czwartek, 22 grudnia 2011

Czy to nie paradoks, że ciąże mi nie szkodzą, rodzę bez trudu a wychowywać nie potrafię?

Mały fajny był. Jak jadł i spał. Skończył miesiąc i zaczął marudzić a mi jak za dotknięciem magicznej róźdżki skończyła się cierpliwość. Czyli nie było jej zbyt wiele.

Dzisiaj w uspokajaniu marudnego niemowlaka pobiła mnie na głowę 8-latka.

Przez pół godziny w kółko śpiewała "poszła karolinka do gogolina" bujając leżaczkiem.

Ja bym ocipiała po 5 minutach.

Jak dotrzeć do ukrytych pokładów macierzyństwa? Są tam one w ogóle gdzieś we mnie?

Czy jestem jak Paris Hilton i jej pieski? Chcę mieć ale szybko mi się nudzą?

Tagi: matka
13:18, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (15) »
wtorek, 20 grudnia 2011

Wasze komentarze do poprzedniego wpisu mnie zmobilizowały.

Zwiałam.

Spędziłam dziś prawie cały dzień w pracy. Nie spieszyłam się z powrotem, chociaż koleżanki popatrywały z lekkim zdumieniem. "Ty jeszcze tutaj??? Leć do domu, Mały czeka".

Nie czekał.

Spał obok tatusia dogorywającego na kanapie w rozciągniętych dresach.

"Ledwie go uspałem" - wysapał widząc mnie małżonek.

Mały był nakarmiony.

Przewinięty.

Może nakryty o jednym kocykiem za dużo.

W zlewie piętrzyły się naczynia zbierane od śniadania. W pralce gniło pranie czekające na rozwieszenie od poprzedniego wieczoru.

Ale to nic.

Znowu poczułam smak życia.

PS. Korporacyjny na tę okazję przygotował sobie stosik zaległej prasy do przejrzenia. Czy muszę dodawać, że ledwie go tknął? Za to przekonał się, że noszenie 4 kg przez cale przedpołudnie męczy biceps bardziej niż machanie hantlem na siłowni ;-)

Tagi: ojciec
19:44, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 grudnia 2011

W ostatnich miesiącach dużo słyszałam o mądrości matki natury. I nie wnikam tu w kwestie światopoglądu - dla mnie to matka natura, dla innego Bóg, Gaja, Ctulhu czy inna personifikacja.

Bo matka natura tak sprytnie to urządziła - rodzi się dziecko, 33 cm obwodu głowki, a w 3 tygodnie później wszystko wraca do normy. Biust 75A nagle zaczyna produkować rzekę mleka (co prawda z tych gabarytów dystrybucja jest dość skomplikowana, ale możliwa). A wiecie, że 80% dzieci jest bezpośrednio po urodzeniu łudząco podobnych do ojców? Jak twierdziła moja położna to też mechanizm naturalny, żeby jaskiniowiec potomka nie wyrzucił w krzaki.

Ale w dzisiejszych czasach cuda matki natury nie zawsze się sprawdzają.

Matki zostały idealnie zaprojektowane, żeby spełniać potrzeby niemowląt. Czyli zostały do malutkich dzieci przykute jak łańcuchem. Matka, która nie zdecyduje się podać dziecku mleka modyfikowanego, może najwyżej wyjść na godzinę do dentysty. Wszędzie indziej musi wlec dzieciaka, co w sezonie szalejących wirusów mo ze wzbudzać lekki opór.

Ojciec jaskiniowiec musiał być wolny, żeby polować. Dzisiaj facet nie poluje, za to w sobotni wieczór może wyskoczyć na balangę.

Tak, jestem zla, bo Korporacyjny wybył i wróci skuty nad ranem. Służbowo i dla wyższych celów of course.

A mnie się trafiło tylko wyjście na szkolną wigilię. Spragniona kontaktów interpersonalnych przyjęłam to z zachwytem i odstawiłam się na tę okazję jak stróż na Boże Ciało.

Jestem żałosna.

Czy jestem złą matką, skoro po 4 tygodniach zaczynam się dusić w domu?

Tagi: matka
19:27, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Zapewne stałych czytelników to nie zdziwi - nie było żadnego magicznego zalewu emocji przy pierwszym kontakcie z moim nowym dzieckiem. Włączył mi się za to kontakt z rzeczywistością, nabrałam chęci do rozmowy, więc podjęłam konwersację z opatrującą doktorką, upierdliwie dopytując się o obrażenia, procedury, relacjonując poprzedni poród itp. Dziecko sobie leżało, miało ręce nogi i po pięć palców (to sprawdziłam, bo w rodzinie były przypadki polidaktylii) no to mu nie zawracałam głowy.

Ktoś inny za to przeżywał zauroczenie życia.

Korporacyjny, który do wspólnego porodu podchodził z wielką rezerwą i niechcący wpadł jak śliwka w kompot.

Przez dwie godziny obserwacji na sali porodowej nie odrywał oczu i rąk od dziecka.

Byłam gotowa na jego wyprowadzkę z naszej sypialni, gdzie stanęło łóżeczko. Zawsze miał lekki sen, obudzony z trudem się usypiał, cierpiał na syndrom "trzeciej nad ranem". Kiedyś z trudem znosił płacze Jedynki.

Tymczasem kiedy budzi mnie postękiwanie Małego, z owiniętego kołdrą kokonu obok dobiega bełkotliwe "pomóc ci?". Kąpanie wprawia ojca w ekstazę. Obsikiwanie ojca jest przymowane z zachwytem. Korporacyjny ma osobne dżinsy i koszulkę po domu do noszenia Małego. Nielicznych odwiedzających pilnuje jak sęp padliny i w pierwszej kolejności wymownie wskazuje im łazienkę. W ktorej wyłożył antybakteryjne mydła. Z oburzeniem sarka na swojego kumpla sąsiada, który (jak się dowiedziałam po fakcie) od kilku miesięcy obrzydzał mu udział w porodzie.

I tak oto objawiła mi się nieoczekiwana korzyść z porodu siłami natury. W Korporacyjnym w punkcie zero obudził się instynkt ojcowski. I chociaż obserwuję zjawisko podejrzliwie i z rezerwą, to ono nadal trwa.

Tagi: ojciec poród
11:16, very_bad_mother , Rodzicielstwo
Link Komentarze (10) »
piątek, 02 grudnia 2011

Teraz kiedy przeżyłam obie wersje porodu i to w odwrotnej niż zwykle kolejności (najpierw cc a potem sn) mogę z czystym sumieniem ocenić swoje wrażenia.

Najpierw jednak disclaimer: do obu porodów podeszłam jako całkowicie zdrowa kobieta, z ciążą niepowikłaną, w dobrej formie fizycznej. Jak wyglądała moja planowa cesarka pisałam TUTAJ a jak poród TUTAJ

Więc stan wyjściowy w obu przypadkach miałam taki sam. Do szpitala weszłam na własnych nogach, zdrowa i w całości.

Dwa tygodnie poźniej:

1) ból - po SN właściwie żaden. Wiadomo, że konno nie odjadę w stronę zachodu słońca, ale nie narzekam. Po CC leżałam w łóżku w domu rodzicow, sztywna z bólu brzucha, żeber i pleców, z kołyską obok łóżka i modliłam się, żeby moja matka szybko wróciła z pracy. Jak już ktoś postawił mnie na nogi to chodziłam bez problemu, ale samo wstawanie, kładzenie się i siadanie (czynności wymagające udziału mieśni tułowia) były jak chińska tortura.

2) karmienie - po CC problematyczne. Dziecko senne i słabo ssące. W drugim tygodniu nawał, zastoj, gorączka, antybiotyki. Po SN bylam przygotowana na podobne sensacje. Nawał przyszedł i poszedł a ja go nawet nie zauważyłam.

3) forma - po CC bylam uzależniona od innych. Miałam problemy ze wstawaniem i poruszaniem się z powodu naruszonych żeber. Nie było mowy o samodzielnej obsłudze siebie, dziecka i domu gotowanie czy sprzątanie nawet przez myśl mi nie przeszło. Musiałam przenieść się do rodziców i liczyć na pomoc rodziny. Po SN funkcjonuję normalnie. Odkurzam, gotuję, zajmuję się małym. Pomoc ze strony rodziny jest bezcenna, ale skupia się głównie na starszym dziecku, które trzeba zawieźć, przywieźć, dopatrzeć w chorobie. Mógłbny to w zasadzie robić ojciec, gdyby był, ale go nie ma - a to inna opowieść.

4) samopoczucie - po CC rozsypka i stan totalnej depresji, mimo, że było ciepło a dzień był dłuższy, wszystko sprzyjało spacerom i mogłam grzać sie na słoneczku. Teraz siedzę w chacie i oglądam TLC, walczę z niewyspaniem i zbuntowaną i przeziębioną córką, jestem sama (stary znów wyjechany) ale dołeczki mam zaledwie golfowe.

5) wrażenia z samego porodu - z CC tragiczne, za sprawą głównie personelu i procedur sprzed osmiu lat. Wiem, że dziś wygląda to inaczej. Tym niemniej cesarka pozostawiła uczucie klęski i upodlenia, a SN przeciwnie - poprawił mi humor i napełnił niespotykanym w moim przypadku optymizmem.

i w końcu najważniejsze:

6) dziecko - po CC dostałam cichy ospały tłumoczek, obsypany krostami, ze skóra tak delikatną, że dostała ran po 1 dniu używania chusteczek nawilżanych. Po około 2 - 3 tygodniach zszokowany układ nerwowy tłumoczka zaczął reagować na otoczenie. Przesadnie. Mówiąc wprost moje pierwsze dziecko zaczęło ryczeć i przestało gdzieś w okolicach 10 miesiąca. Przez cały ten czas ja chodziłam po ścianach z frustracji, bo nikt nie miał pojęcia czego toto tak się drze. Lekarze, kropelki, dokarmianie, mleka hypoalergiczne (zupełnie niepotrzebnie, ale tonący chwyta się brzytwy), kołyski, nosidełka, wystawianie na spacer dwa razy dziennie, bez względu na parszywą pluchę - jednym słowem sajgon i pierwszy poziom piekła. Z drugiem dzieckiem mam na razie niezły kontakt. Jak do tej pory sygnały są wyraźne - żreć, mokro, kręci w brzuchu. Ale nie mowię hop, to się jeszcze może zmienić. Na pewno je lepiej. Częściej bywa cicho w trybie czuwania. No i generalnie taki większy i silniejszy jest. Odporniejszy na mokre pieluchy i zalewanie oka mlekiem.

To tyle.

A jeszcze blizna po cesarce napieprza mnie przed każda zmianą pogody. Przy drugim nie było cięć to i nie będzie blizn. Czego sobie i Państwu życzę.

wtorek, 29 listopada 2011

Czy poród może być interesujący?

Mój był. Fascynował mnie do tego stopnia, że czasem zapominałam, że rodzę.

Był też całkiem zabawny. A było to tak:

Zaplanowałam, że urodzę w sobotę, 19 listopada. Fatalna co prawda namawiała, żeby poczekać jeszcze trzy dni do jej urodzin, ale nie ma tak dobrze. Sobota była idealna z wielu względów. Po pierwsze była już, a ja mialam dość czekania. Po drugie na dyżurze była moja lekarka. Po trzecie umowiłam się z położną, na badanie i być może czary mary. Po czwarte Korporacyjny tkwił w domu. Po piąte Fatalna miała czas i można było upchnąć jej córkę. Same plusy.

Zatem od piątku podskakiwałam jak wielkanocny zajączek. Zrobiłam uczciwą serię ćwiczeń pilatesu, porozciągałam się na drążku, wzięłam raz i drugi ciepłą kąpiel a po niej parę przysiadów i skłonów. Dobiłam solidną porcją herbaty z liści malin i paroma kapsułkami oleju z wiesiołka.

W sobote nad ranem obudziły mnie skurcze. Nie bardzo bolesne ale dość konkretne. Z braku doświadczenia nie potrafiłam jednak ich zidentyfikować, postanowiłam kierować się brykiem ze szkoly rodzenia i wlazłam w ciepłą kąpiel. Nie przeszło, czyli jakby to już. Nie widziałam jednak powodu do budzenia KM, wróciłam do łóżka i przycięłam sobie jeszcze komara w akompaniamencie jego dźwięcznego chrapania.

Rano do małżeńskiej sypialni zgłosiła się córka z licznymi pretensjami do życia i skurcze odeszły w siną dal. Byłam lekko przybita tym faktem. Tak czy inaczej pozostawała mi jeszcze wieczorna wizyta w szpitalu u mojej położnej. Postanowilismy więc odprowadzić Jedynkę do babci piechotą. Tym sposobem zaliczyłam przed porodem jeszcze 4-kilometrowy spacer.

Do szpitala chciałam zabrać walizkę. A nuż się uda. KM pękł ze śmiechu. Kobieto, przecież nic Ci nie jest! - stwierdził cynicznie, ale spasował i walizkę zapakował pod warunkiem, że się do tego nie przyznam położnej.

Byliśmy umówieni o 18.00. Z położną poszłyśmy ocenić sytuację koło 18.15. W gabinecie momentalnie odeszły mi wody a P. oświadczyła, że porod zaczął się rano a teraz to już wszystko jest w blokach startowych, gotowe do odpalenia. Wyszłyśmy na korytarz i P. zapytała: Korporacyjny, mam nadzieję, że macie rzeczy, bo idziecie rodzić?

Mina KM bezcenna.

Zaznaczam, że poza porankiem do tego momentu nic mnie nie bolało. Szpital był pustawy, wjechałam na blok, do nowej sali porodowej, poinstruowałam małżonka co gdzie jest w walizce, wzbudzając jego totalną konsternację i chyba podziw, bo cichutko wypełniał wszystkie polecenia, plując sobie w brodę, że nie wziął kamery i aparatu ale na powrót do domu nie było czasu, bo:

W koncu dostałam skurczy. I to kosmicznych. Dośc powiedzieć, że w trzy godziny przeszłam od stanu zamkniętej szyjki do II fazy. W tym czasie zdażyłam jeszcze wziąć kąpiel, prawie zemdleć i wstrzelić się w moment odpowiedni do znieczulenia. I tak naprawdę wcale nie cierpiałam. Podzieliłam się na dwie kobiety - jedną wstrząsaną skurczami (reagowałam dygotem całego ciała, ale to podobno normalne) i drugą patrzącą na to z boku. Zła patrząca z boku skręcała sie w środku ze śmiechu na widok Korporacyjnego w eleganckich sztybletach i dżinsach Hilfigera (bo przecież on nie jechał do porodu) wycierającego krew, robiącego kąpiel, podającego koszule i skarpetki, mierzącego skurcze i z przejęciem wpatrzonego w aparaturę do ktg. Zła patrząca z boku zarejestrowała, że anestezjolog jest niezłym ciachem. Z satysfakcją oceniała własne postępy i porównywała rzeczywistość z przeczytanymi i zasłyszanymi opowieściami i przyswojoną na szkole rodzenia teorią. Z fascynacją obserwowała jak ciało daje sobie radę z takim wyzwaniem.

W tym samym czasie Zła zamieniona w pierwotne zwierzątko pracowicie rodziła, pomagając sobie kurwą macią i miażdżeniem ręki KM. Czułam się jak sprawna maszyna, naoliwiona gdzie trzeba, rozpędzona i nie do zatrzymania.  W ostatniej fazie nie moglam trochę złapać synchronizacji skurczy i parcia, zaczęłam się rozklejać ale na to wpadła moja lekarka i wspólnie z położną weszły mi na ambicję (rodzisz jak po raz piąty, nie pierwszy, dajesz radę) przydusiły lekko i o 22.20 było po wszystkim.

Kiedy położyły mi małego na brzuchu nagle, jak za pstryknięciem włącznika, zaczęłam normalnie myśleć.

Lekarka i położna wspólnie orzekły, że to był zadziwiająco sprawny i ekspresowy poród. Skromnie (to sarkazm, Zła nie bywa skromna) wspomniałam o starannym dbaniu o formę przez całą ciążę, na co panie odrzekły zgodnie:

- Na nic by ci była forma bez motywacji.

I może to jest właśnie kluczowe. Motywacja. Bo wszystko było tak jak sobie wyobrażałam. I tak na dobrą sprawę nie pamiętam w ogóle bólu.

Upierdliwie było później na oddziale ale to już inna historia.

czwartek, 24 listopada 2011

Pamiętacie więzienny eksperyment doktora Zimbardo? Tacy sami studenci - jedni w roli więźniów, drudzy strażników. I tajemnica ludzkiego charakteru - dlaczego władza tak nas wypacza?
Szpitalny oddział położniczy ma w sobie coś z doświadczenia Zimbardo.
Są tu same kobiety, personel w tej specjalizacji od salowych po lekarzy to panie. O pacjentki.
Te pierwsze odprasowane, umalowane, uczesane. Te drugie wymięte, blade, rozchełstane. Mają wspólną ksywę - mamusie. Mamusia przyjdzie, poda, przywiezie dzidziusia, weźmie żelazo, zdejmie majtki. Niewyspane ofiary nowoczesnego systemu rooming- in nie mogą nawet zejsc po gazetę do kiosku. Nie masz męża na stanie? Jesteś praktycznie uwięziona, twoimi kratami jest plastikowe korytko z noworodkiem w kolorowym kocyku. Strażniczkami kobiety w białych fartuchach.
PS. Pediatra bez skrępowania oznajmiła Korporacyjnemu, ze z kobietą po porodzie nie da się rozmawiać i ewentualne konsekwencje wypisu na żądanie wyjaśni tylko jemu.
PS. Moje myśli obsesyjnie krążą wokół szarej jedwabno-dzianinowej sukienki, która wisi w szafie od zeszłej jesieni. Z takim biustem jak teraz mam powinna wygladac genialnie. Nie rozwiązałam co prawda problemu karmienia w niej, ale co się wykombinuje. I dżinsy. Moje ukochane granatowe dżinsy. Już do Was jadę!

10:57, very_bad_mother
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 listopada 2011

Poród był interesujący ale potrzebuję spokoju, zeby go zrelacjonować. Tymczasem siedzę w szpitalu. Muszę się jakoś rozerwać. Robię zatem obserwacje społeczne.
Mam szczęście do ciekawych współlokatorek :)
Poprzednio leżałam z koczowniczką. Babka miała chyba pół domu ze sobą, plus kolekcja słoików po mleku do dokarmiania (przydadzą się na przyprawy). Cały kaloryfer zajmowały jej gacie ubrudzone rywanolem, którym płukała zakażoną ranę po cc. Odwiedzały ją same ciotki dobra rada i z każdą wizytą koczowniczka zawijala lub odwijala syna z becika. Trzecia z kolei ciotka kazała owinąć  rożek bandazem, słowem zrobić małego na sztywno. I ta poleciała do dyżurki po bandaz. Nie umiała karmić, chociaż była jedyną, do której przychodziła położna laktacyjna.Twierdziła, ze ból jest nie do zniesienia i przystawiajac dziecko darła się i wiła jak żywy homar na patelni. Jej brak organizacji stał się legendą naszą rodzinną. Za każdym razem jak ktoś się grzebie - mówimy a pamiętasz koczowniczkę i pokładamy się ze śmiechu.
Teraz zaś trafiłam na gatunek, o którym zdarzało mi się tylko czytać.
Matka ultrakatolicka. Mało rozmawiamy. Instynktownie wyczuwamy przepaść kulturową i nie dotykamy tematów pozaszpitalnych. Materiał do badań socjologicznych zbieram słuchając jej telefonów do domu.
Tak więc wiem już, że ultra ma w sumie 4 dzieci. Nie pracuje, gdyż studiuje i wychowuje. Dzieci uczy w domu. Rodzi je zawsze w tym samym szpitalu w 35 tygodniu ciąży. Jest chuda i niezbyt zdewastowana porodami (może dlatego, że 2.5 kg z obwodem głowy o połowę mniejszym niż normalnie łatwiej wychodzi). Czyta "Terapię reparatywną męskiego homoseksualizmu. Nowoczesne podejście". Odracza dzieciom szczepienie.
Mąż był u niej raz. Korporacyjny dla porównania został zmuszony do wzięcia urlopu i jak zbyt się ociąga z przewiezieniem świeżych skarpet, jest opierdalany bez mydła. Ultra nie skarży się, siedzi z wczesniakiem od tygodnia i mówi do męża: już późno - nie przyjeżdżaj mareczku. Szczytem humoru jest u niej deklaracja, że piąte urodzi cc.
A i na dekolcie ultra ma fluorescencyjny różaniec. Świeci sobie do nocnego karmienia?
Kiedy okazało się że muszę zostać oznajmiłam to KM gęsto pomagając sobie kurwą macią. Spojrzałam potem na ultra pilnie zajętą karmieniem i udającą, że się słyszy. I wiecie co? ? Zrobiło mi się jakoś głupio.

22:03, very_bad_mother
Link Komentarze (9) »

Miało być śmiesznie. Już zaczęłam pisać opowiastkę o współlokatorce z pokoju, gdy dowiedziałam się, ze muszę zostać z młodym jeszcze co najmniej dwa dni na naswietlaniu. To bardzo źle, gdyż:
Zła cierpi na ostry zespół fobii szpitalnej.
W szpitalu zamienia się w zwierzę. Dzikie, zmierzwione, łypiące dookoła przekrwionym okiem w poszukiwaniu potencjalnych wrogów. Zamknięte w klatce.
Duszę się.
Nie umiem być matką w szpitalu. Tu włącza mi się wyłącznie instynkt ucieczki.

13:50, very_bad_mother
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Miało być w sobotę? To było w sobotę.
Zła lubi dobrą organizację.
Umówiła się z położną na badanie wieczorem, przybyła i urodziła.
Bez wywoływania. Wszystko było już gotowe i czekało na sygnał.
Poród od przyjazdu na izbę do przyjścia na świat młodego trwał 4 godz.
Szczegóły wkrótce. Stay tuned.

23:41, very_bad_mother
Link Komentarze (20) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin