Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS

Ciąża

piątek, 02 grudnia 2011

Teraz kiedy przeżyłam obie wersje porodu i to w odwrotnej niż zwykle kolejności (najpierw cc a potem sn) mogę z czystym sumieniem ocenić swoje wrażenia.

Najpierw jednak disclaimer: do obu porodów podeszłam jako całkowicie zdrowa kobieta, z ciążą niepowikłaną, w dobrej formie fizycznej. Jak wyglądała moja planowa cesarka pisałam TUTAJ a jak poród TUTAJ

Więc stan wyjściowy w obu przypadkach miałam taki sam. Do szpitala weszłam na własnych nogach, zdrowa i w całości.

Dwa tygodnie poźniej:

1) ból - po SN właściwie żaden. Wiadomo, że konno nie odjadę w stronę zachodu słońca, ale nie narzekam. Po CC leżałam w łóżku w domu rodzicow, sztywna z bólu brzucha, żeber i pleców, z kołyską obok łóżka i modliłam się, żeby moja matka szybko wróciła z pracy. Jak już ktoś postawił mnie na nogi to chodziłam bez problemu, ale samo wstawanie, kładzenie się i siadanie (czynności wymagające udziału mieśni tułowia) były jak chińska tortura.

2) karmienie - po CC problematyczne. Dziecko senne i słabo ssące. W drugim tygodniu nawał, zastoj, gorączka, antybiotyki. Po SN bylam przygotowana na podobne sensacje. Nawał przyszedł i poszedł a ja go nawet nie zauważyłam.

3) forma - po CC bylam uzależniona od innych. Miałam problemy ze wstawaniem i poruszaniem się z powodu naruszonych żeber. Nie było mowy o samodzielnej obsłudze siebie, dziecka i domu gotowanie czy sprzątanie nawet przez myśl mi nie przeszło. Musiałam przenieść się do rodziców i liczyć na pomoc rodziny. Po SN funkcjonuję normalnie. Odkurzam, gotuję, zajmuję się małym. Pomoc ze strony rodziny jest bezcenna, ale skupia się głównie na starszym dziecku, które trzeba zawieźć, przywieźć, dopatrzeć w chorobie. Mógłbny to w zasadzie robić ojciec, gdyby był, ale go nie ma - a to inna opowieść.

4) samopoczucie - po CC rozsypka i stan totalnej depresji, mimo, że było ciepło a dzień był dłuższy, wszystko sprzyjało spacerom i mogłam grzać sie na słoneczku. Teraz siedzę w chacie i oglądam TLC, walczę z niewyspaniem i zbuntowaną i przeziębioną córką, jestem sama (stary znów wyjechany) ale dołeczki mam zaledwie golfowe.

5) wrażenia z samego porodu - z CC tragiczne, za sprawą głównie personelu i procedur sprzed osmiu lat. Wiem, że dziś wygląda to inaczej. Tym niemniej cesarka pozostawiła uczucie klęski i upodlenia, a SN przeciwnie - poprawił mi humor i napełnił niespotykanym w moim przypadku optymizmem.

i w końcu najważniejsze:

6) dziecko - po CC dostałam cichy ospały tłumoczek, obsypany krostami, ze skóra tak delikatną, że dostała ran po 1 dniu używania chusteczek nawilżanych. Po około 2 - 3 tygodniach zszokowany układ nerwowy tłumoczka zaczął reagować na otoczenie. Przesadnie. Mówiąc wprost moje pierwsze dziecko zaczęło ryczeć i przestało gdzieś w okolicach 10 miesiąca. Przez cały ten czas ja chodziłam po ścianach z frustracji, bo nikt nie miał pojęcia czego toto tak się drze. Lekarze, kropelki, dokarmianie, mleka hypoalergiczne (zupełnie niepotrzebnie, ale tonący chwyta się brzytwy), kołyski, nosidełka, wystawianie na spacer dwa razy dziennie, bez względu na parszywą pluchę - jednym słowem sajgon i pierwszy poziom piekła. Z drugiem dzieckiem mam na razie niezły kontakt. Jak do tej pory sygnały są wyraźne - żreć, mokro, kręci w brzuchu. Ale nie mowię hop, to się jeszcze może zmienić. Na pewno je lepiej. Częściej bywa cicho w trybie czuwania. No i generalnie taki większy i silniejszy jest. Odporniejszy na mokre pieluchy i zalewanie oka mlekiem.

To tyle.

A jeszcze blizna po cesarce napieprza mnie przed każda zmianą pogody. Przy drugim nie było cięć to i nie będzie blizn. Czego sobie i Państwu życzę.

wtorek, 29 listopada 2011

Czy poród może być interesujący?

Mój był. Fascynował mnie do tego stopnia, że czasem zapominałam, że rodzę.

Był też całkiem zabawny. A było to tak:

Zaplanowałam, że urodzę w sobotę, 19 listopada. Fatalna co prawda namawiała, żeby poczekać jeszcze trzy dni do jej urodzin, ale nie ma tak dobrze. Sobota była idealna z wielu względów. Po pierwsze była już, a ja mialam dość czekania. Po drugie na dyżurze była moja lekarka. Po trzecie umowiłam się z położną, na badanie i być może czary mary. Po czwarte Korporacyjny tkwił w domu. Po piąte Fatalna miała czas i można było upchnąć jej córkę. Same plusy.

Zatem od piątku podskakiwałam jak wielkanocny zajączek. Zrobiłam uczciwą serię ćwiczeń pilatesu, porozciągałam się na drążku, wzięłam raz i drugi ciepłą kąpiel a po niej parę przysiadów i skłonów. Dobiłam solidną porcją herbaty z liści malin i paroma kapsułkami oleju z wiesiołka.

W sobote nad ranem obudziły mnie skurcze. Nie bardzo bolesne ale dość konkretne. Z braku doświadczenia nie potrafiłam jednak ich zidentyfikować, postanowiłam kierować się brykiem ze szkoly rodzenia i wlazłam w ciepłą kąpiel. Nie przeszło, czyli jakby to już. Nie widziałam jednak powodu do budzenia KM, wróciłam do łóżka i przycięłam sobie jeszcze komara w akompaniamencie jego dźwięcznego chrapania.

Rano do małżeńskiej sypialni zgłosiła się córka z licznymi pretensjami do życia i skurcze odeszły w siną dal. Byłam lekko przybita tym faktem. Tak czy inaczej pozostawała mi jeszcze wieczorna wizyta w szpitalu u mojej położnej. Postanowilismy więc odprowadzić Jedynkę do babci piechotą. Tym sposobem zaliczyłam przed porodem jeszcze 4-kilometrowy spacer.

Do szpitala chciałam zabrać walizkę. A nuż się uda. KM pękł ze śmiechu. Kobieto, przecież nic Ci nie jest! - stwierdził cynicznie, ale spasował i walizkę zapakował pod warunkiem, że się do tego nie przyznam położnej.

Byliśmy umówieni o 18.00. Z położną poszłyśmy ocenić sytuację koło 18.15. W gabinecie momentalnie odeszły mi wody a P. oświadczyła, że porod zaczął się rano a teraz to już wszystko jest w blokach startowych, gotowe do odpalenia. Wyszłyśmy na korytarz i P. zapytała: Korporacyjny, mam nadzieję, że macie rzeczy, bo idziecie rodzić?

Mina KM bezcenna.

Zaznaczam, że poza porankiem do tego momentu nic mnie nie bolało. Szpital był pustawy, wjechałam na blok, do nowej sali porodowej, poinstruowałam małżonka co gdzie jest w walizce, wzbudzając jego totalną konsternację i chyba podziw, bo cichutko wypełniał wszystkie polecenia, plując sobie w brodę, że nie wziął kamery i aparatu ale na powrót do domu nie było czasu, bo:

W koncu dostałam skurczy. I to kosmicznych. Dośc powiedzieć, że w trzy godziny przeszłam od stanu zamkniętej szyjki do II fazy. W tym czasie zdażyłam jeszcze wziąć kąpiel, prawie zemdleć i wstrzelić się w moment odpowiedni do znieczulenia. I tak naprawdę wcale nie cierpiałam. Podzieliłam się na dwie kobiety - jedną wstrząsaną skurczami (reagowałam dygotem całego ciała, ale to podobno normalne) i drugą patrzącą na to z boku. Zła patrząca z boku skręcała sie w środku ze śmiechu na widok Korporacyjnego w eleganckich sztybletach i dżinsach Hilfigera (bo przecież on nie jechał do porodu) wycierającego krew, robiącego kąpiel, podającego koszule i skarpetki, mierzącego skurcze i z przejęciem wpatrzonego w aparaturę do ktg. Zła patrząca z boku zarejestrowała, że anestezjolog jest niezłym ciachem. Z satysfakcją oceniała własne postępy i porównywała rzeczywistość z przeczytanymi i zasłyszanymi opowieściami i przyswojoną na szkole rodzenia teorią. Z fascynacją obserwowała jak ciało daje sobie radę z takim wyzwaniem.

W tym samym czasie Zła zamieniona w pierwotne zwierzątko pracowicie rodziła, pomagając sobie kurwą macią i miażdżeniem ręki KM. Czułam się jak sprawna maszyna, naoliwiona gdzie trzeba, rozpędzona i nie do zatrzymania.  W ostatniej fazie nie moglam trochę złapać synchronizacji skurczy i parcia, zaczęłam się rozklejać ale na to wpadła moja lekarka i wspólnie z położną weszły mi na ambicję (rodzisz jak po raz piąty, nie pierwszy, dajesz radę) przydusiły lekko i o 22.20 było po wszystkim.

Kiedy położyły mi małego na brzuchu nagle, jak za pstryknięciem włącznika, zaczęłam normalnie myśleć.

Lekarka i położna wspólnie orzekły, że to był zadziwiająco sprawny i ekspresowy poród. Skromnie (to sarkazm, Zła nie bywa skromna) wspomniałam o starannym dbaniu o formę przez całą ciążę, na co panie odrzekły zgodnie:

- Na nic by ci była forma bez motywacji.

I może to jest właśnie kluczowe. Motywacja. Bo wszystko było tak jak sobie wyobrażałam. I tak na dobrą sprawę nie pamiętam w ogóle bólu.

Upierdliwie było później na oddziale ale to już inna historia.

sobota, 19 listopada 2011

W nocy miałam regularne skurcze. Kąpałam się, nie przeszły, przysnęłam nawet mimo chrapania KM i o 8.00 obudził mnie kolejny skurcz. Gniłam sobie w łóżku i całkiem się cieszyłam. A potem moja rodzinka wstała. Tatunio z córunią pokłócili się nad płatkami (nie te co trzeba). Córunia odmówiła wyjścia na zajęcia. Wyjścia do babci. Małe śniadanie dwóch osób wygenerowała górę brudnych garów. Kot rozdarł ryja.

I wszystko z powrotem zawiązało się na supeł.

I znowu chce mi się ryczeć.

11:13, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 listopada 2011

Ela pyta - Zła odpowiada.

Dlaczego chcę wywołać poród naturalnie?

Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, że wywoływanie oksytocyną lub przebiciem pęcherza płodowego w wielu przypadkach kończy sie to komplikacjami a nawet cc. Przebijanie zachwalała Fatalna. Ale jednak nie powiązała tego z krwotokiem i łyżeczkowaniem, które nastąpiło dzień po porodzie i podarowało jej ostrą anemię.

Miałaś Elu fuksa, że wyszło szybko i skutecznie.

O możliwych skutkach wczesnego podania oksy i wykonania amniotomii - Fundacja Rodzić po Ludzku

 

Tagi: poród
20:28, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (2) »
środa, 16 listopada 2011

No to doigrał się mój syn.

Termin liczony według bliżej nikomu nieznanych algorytmów aparatu usg przesunał się na koniec listopada.

Dziecko już teraz waży 3,5 kg. Zła nie zmieniła wagi od trzech miesięcy. Wniosek - jego jest coraz więcej a mnie coraz mniej.

Niniejszym wymawiam obywatelowi lokal. Dziękujemy za wspólne 9 miesięcy i za wybranie linii lotniczych Bardzo Zła Matka.

Kobiety w sieci polecają sobie różne wiedźmie sposoby na wywołanie porodu. No to hokus pokus:

- herbata z liści malin - dooopa - piję od trzech tygodni w końskiej dawce. Wg mojej położnej pomaga jedynie na zmiękczenie szyjki macicy.

- olej z wiesiołka - łykam od czterech tygodni. Jak wyżej.

- sprzątanie - not working.

- wieszanie firanek i mycie okien - dzisiaj była pierwsza próba - zmiana w dwóch pokojach, jak nie wystarczy został jeszcze salon. Na mycie okien trochę zimno ale może się ogacę i spróbuję?

- masaż brzucha pod prysznicem - noż kurna prysznic mi nawalił - ale może skoczę do Fatalnej?

- masaż cycków - przereklamowane - ponoć wytowrzenie wystarczającej ilości naturalnej oksytocyny wymagałoby trzech godzin nieprzerwanej stymulacji.

- skakanie na piłce - mam! mam! pożyczyłam sprzęt rehabilitacyjny Wiecznie Nieobecnego :-)

- ćwiczenie mięśni Kegla - tak twierdzi moja instruktorka fitnesu.

- wizyta teściowej - .......... albo teściowa się uspokoiła, albo była za krótko, albo ja się uodporniłam. Była w weekend i nie zadziałało. Ale właściwie... podobny poziom wkurwogenności ma Szalona Babcia. Może czas wezwać ją na pomoc? Przestawi mi gary w kuchni, ugotuje zupę z dyni, trafi mnie szlag, od zupy zacznę rzygać - poród murowany.

- rycyna - tego nie spróbuję - podobno wywołuje silne skurcze ale jest toksyczna dla dziecka

- olejek z szałwi - ponoć mocna rzecz, ale gdzie to kupić?

- chodzenie po schodach - nie wydaje mi się zbyt skuteczne dla kogoś, kto przemierza swoja wieś na piechotę, gania na gimnastykę, ćwiczy w domu - ponadto jedna z koleżanek w pracy skutecznie obrzydzila mi tą metodę - podobno latała po szpitalnych schodach cały dzień juz w trakcie porodu i nawet jej się nie powiększyło rozwarcie. 

- seks - bardzo skuteczne ale wymaga drugiej strony. Niestety korporację odwiedza delegacja z zagranicy.

- jeżdżenie samochodem po wertepach - oddajcie mi samochód!!! (no cóż, używanego przeze mnie rzęcha oddaliśmy teściowej, a tak pięknie podskakiwał na naszych niewyasfaltowanych uliczkach)

Jak znacie - podrzućcie coś jeszcze. Za porady w stylu "Po co przyspieszać, jak będzie czas, to sam wyjdzie" - dziękujemy. W sobotę moja lekarka ma dyżur - celujemy w sobotę.

czwartek, 10 listopada 2011

Już ponad dwa tygodnie na zwolnieniu. W pracy zaczyna kuleć, widzę, że zostawiony na gospodarstwie narybek "nie dowozi". Zastanawiam się jakie to może mieć konsekwencje dla mnie. Żeby nie myśleć o robocie i o porodzie rozrabiam po domu jak młody diabeł tasmański.

Zaczeło się od skręcania przewijaka. Potem nastapiło sprzątanie ale jak Zła sprząta to z przytupem - do śmieci lecą tony "śmieci" (niektóre po upłynięciu odpowiedniego czasu okazują się potrzebne, ale to se ne vrati - zostało wspomnienie), ciuchy są oddawane pod wpływem implusu (tak jak zostały zakupione) a pająki spieprzają w ostatnią dziurę za kredensem (nie na długo kochane, wkrótce Zła odsunie także kredens). Posprzatane są buty w szafach, szaliki w pudełkach, przybory plastyczne, książki na półce, serwetki i obrusy.

Umyte są okna, wyprane poduszki, przesadzone kwiatki, dziecięce rzeczy czekają w wygospodarowanych szufladach. KM z pistoletem przy skroni przemeblował sypialnię i skręcił łożeczko.

Roztocza ogłosiły stan wyjątkowy i budują Arkę Noego, gdyż w ciągu pięciu lat egzystencji na meblach Złej nie przyżyły tylu ataków ścierką od kurzu co w ostatnim tygodniu.

Po kilku podróżach do sklepów (przy wybieraniu pościeli wymiękła Fatalna Matka słynna z rekordów czasu spędzonego wśród wieszaków i półek) Zła nabyła wyprawkę. Lwią jej część stanowiły koszule i szlafroczki, tudzież rozpinane przytulne swetry, w których Zła ma zamiar spędzać rozkoszne chwile z potomkiem na świeżo wypranym fotelu a także wygodne buty na spacery z wózkiem. Dziecko też się na parę rzeczy załapało.

No dobra w planowaniu wyprawek niemowlęcych Zła nie jest zbyt dobra. Ale kocyki ma. Z pięć nie licząc tego żółtego, który wyszarpała miśkowi Jedynki spod tyłka.

A po tym wszystkim Zła posprzatała jeszcze raz przed najazdem agentów nieruchomości, których zatrudniła do znalezienia nabywcy godnego jej ulubionego mieszkania.

A teraz siedzi i myśli co by tu jeszcze posprzatać.

Czy wszystkim tak odwala przed porodem?

(no dobra, w ostateczności pójdę wstawić pranie)

15:56, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (7) »
środa, 09 listopada 2011

Było o pływaniu http://verybadmother.blox.pl/2011/08/Ciaza-fakty-i-mity.html

A teraz - jako, że do lądowania obcego zostały raptem 2 tygodnie - czas na małe podsumowanie.

W ciąży sie tyje i zmienia na twarzy.

False. Zła w ciąży przypomina pająka. Okrągły odwłok i cienkie odnóża. Twarz nie zdradza stanu. Po lekkich perturbacjach w 1-szym trymestrze wszystko wróciło do stanu average. Zła w ciąży miała sesję zdjęciową (brzuch był przemyślnie skryty za teczką), fotki upubliczniono i kto nie wiedział o rychłym potomku to i nadal nie wie.

W ciąży puchną nogi.

False. Raz w środku lata przyleciałam na wizytę do gina prosto z biura, wlazlam na wagę zrzucając po drodze pantofle (obcas 9 cm) i wtedy lekarka przyznala, że to się faktycznie rzadko zdarza, ale się zdarza. Że nie puchną.

W ciąży ma się zachcianki.

False. MOją zachcianką był brak zachcianek. W ciąży z jedynka jeździliśmy do centrum handlowego na pewne konkretne lody. Tym razem nie było ani apetytu, ani szczególnych zapotrzebowań, ani żadnych specjalnych wstrętów.

W ciąży boli kręgosłup - szczególnie pod koniec.

False. Kręgosłup dał mi święty spokój. Za to przez cały trzeci trymestr nawala mnie miednica i biodra.

Edit - z inspiracji Gofer73 - W ciąży sie rzyga.

False. Nie rzygałam ani razu.

Może za dobrze jest? Kurczę, zaczynam się bać.

PS. To nie jest wyliczanka na moją cześć. Liczę, że jesli trafi tu dziewczyna na początku ciąży, albo dopiero planująca to zobaczy, że nie musi być tak źle jak głosi urban legend z poczekalni u gineksa. Ciąża wkurzająca jest, ale wiele jej złych stron generuje otoczenie - przesądami, dorbymi radami, dziwnym traktowaniem - jak zgniłe jajo albo jak powietrze. Warto probować pozostać sobą. Nie mamusią in spe. Nie inkubatorem. Nie upchniętym w domu wielorybem.

15:14, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 listopada 2011

Mam potąd. Dosyć. Już nie. Już nie chcę. Niech boli, niech rozrywa ale niech się już skończy.

Zaciskam zęby. Wytrzymać jeszcze tydzień. No z 10 dni. I słowo daję pójdę na tą bieżnię do klubu, na piłkę, rower i orbitreka. Złacham się i go wytrzęsę. Bo już nie mogę. 

Chcę na wyprzedaż. Ale normalną a nie dla ciężarówek.

Chcę siebie z powrotem.

09:25, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (6) »
wtorek, 25 października 2011

Tak, wiem. A te, które chce - muszą wciąż udowadniać swoją wartość. Co dzień od nowa.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,10529154,Nie_chcemy_kobiet_w_pracy__To_Polska.html

z pozdrowieniami zza biurka.

Termin za 3 tygodnie.

 

11:31, very_bad_mother , Ciąża
Link Komentarze (7) »
czwartek, 20 października 2011

A miałam takie piękne plany. Miałam sie zrobić na bóstwo. Zębiszcza sobie zdążyłam wyczyścić by błyskać do zdjęć z nowym potomkiem uśmiechem Julii Roberts. Jeszcze manicure i pedicure czekał w kolejce. I zagęszczanie rzęs. I może maseczka kolagenowa...

Zamiast tego moje ostatnie tygodnie przed godziną W będę spędzać na żebraniu o wizytę i w poczekalniach u okulistów.

Zrobiłam badanie dna oka. Bo mnie doktor prowadząca wzięła pod włos - A bo to widzi Pani w Holandii w ciąży trzeba mieć zaświadczenia od wszystkich specjalistów. Wysoki poziom. No to poszłam. No i mam. Ognisko degeneracyjne w siatkówce. Znowu chcą mnie pociąć.

Fucking shit.

 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin