Kategorie: Wszystkie | Ciąża | Małżeństwo | Rodzicielstwo | kariera
RSS

Małżeństwo

czwartek, 31 maja 2012

Jednak boli.

Po przemyśleniu, boli i to nawet jak cholera.

I to nie problem dzieci. Wiem, że w ich sprawie zrobiłam co mogłam. Po prostu nie da się tak żyć i dobrze ich wychować.

Nie miałam jednej idealnej wizji swojego macierzyństwa, która waląc sie pogrzebała mnie w swoich gruzach. Ale mialam wizję idealnego związku.

I to jego rozpad naprawdę mnie boli.

NIby wszystko jest ok. Ale nie ma w nas siły na nic więcej poza walką o przetrwanie. O przeżycie do następnego dnia. Nie ma leniwych wieczorów z piwem, orzeszkami i nogami zaplątanymi na kanapie. Nie ma spontanicznych wypadów do knajpy. Nie ma rozmów o życiu i celach. Celem jest wstać i się nie przewrócić. Nie pokłócić się karczemnie o byle paproch.

Nie ma sensu zawracać korporacyjnemu głowy o nieodrobione lekcje Jedynki. O małego niejadka. O dodatkowe 2 metry glazury.

W nim nie ma sił, żeby oprócz pracy zajmować się czymkolwiek jeszcze. We mnie nie ma sił, żeby się o niego zatroszczyć. Jest taki chłodny i daleki...

Taki obcy...

Taki sam a jednak inny...

Myślę, że zamknę bloga.

Zabrakło mi autoironii.

W nadmiarze mam tylko łzy a one są takie banalne...

Tagi: depresja
11:12, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (4) »
środa, 30 maja 2012

Nie stało się nic wielkiego. Nic dramatycznego. Nawet nie bolało.

Pewnego dnia całkiem niedawno obudziłam się i zdałam sobie sprawę, że żyję w fikcji.

W mojej głowie żyły różne projekcje. Np. ja sama. Mój mózg długo nie rejestrował tego co widzi w lustrze. Zatrzymałam w głowie obraz siebie sprzed kilku lat, wysokiej, smukłej, o ładnych rysach lekko wyostrzających się z wiekiem. Ale w końcu spojrzałam i zobaczyłam. Zgarbioną, szarą, z opuchnięta twarzą i rzadkimi, skotłowanymi włosami pełnymi siwych nitek. Płaski tyłek, biust wisi, łydki koloru mielonego mięsa. Połamane paznokcie. Pryszcz na brodzie, wypryski koło nosa. Smierdzę fajkami.

Nic tylko się porzygać.

Projekcja druga. W mojej głowie pozostało przekonanie, że robię wszystko, żeby dobrze wychować córkę. Prawda jest inna. Ledwo znajduję dla niej kilka chwil dziennie. Jeśli już to z moich ust płynie litania napomnień. Zrób, sprawdź, podnieś, spakuj, wynieś, umyj, pisz równo, zabierz to, przynieś tamto. Gdzie jest ta ciepła matka partnerka, którą sobie wyobrażałam?

Nic tylko się porzygać.

Projekcja trzecia. Mam męża. Kochającego, przystojnego, przedsiębiorczego. Możemy o wszystkim pogadać.

Gówno prawda. Mojego męża więcej nie ma niż jest. Rozmawiamy o rachunkach, płytkach, zakupach, śmierdzącym koszu na śmieci. Jesli w ogóle rozmawiamy. Wciąż jeszcze nieźle funkcjonujemy jako firma, której celem jest podnoszenie poziomu życia i hodowanie dzieci. Jako związek przestaliśmy istnieć.

Przestałam widzieć projekcje a dotarło do mnie jak jest naprawdę.

W ten sposób coś się skończyło. Bezpowrotnie.

Nie wiem kim jestem dziś.

Ale ten ktoś jest do dupy. I ma przesrane.

 

Tagi: depresja
14:21, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (8) »
wtorek, 22 maja 2012

Ta piosenka jest symbolem pewnego dawnego przełomu w moim życiu.

 

"Freedom comes when you learn to let go
Creation comes when you learn to say no"

Głupi banał a jednak prawda.

Następnym razem kiedy się usłyszymy to już nie będzie ta sama Zła.

See you.

Tagi: depresja
10:29, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 maja 2012

Czy to kazałyście mi przemyśleć w komentarzach? Dokąd zmierzasz Zła? Po co Ci to wszystko? Walnij robotę w kąt. Co będziesz wspominać z tego amoku po latach?

Przemyślałam.

Długi weekend był wręcz kwintesencją naszego wspólnego życia. Pigułką w pigułce i śmietanką śmietanek.

Zaczęliśmy go wcześniej wolnym dniem, który spędziliśmy w markecie budowlanym. Następnie zaliczyliśmy imprezę jubileuszową Szalonej Babciusi. Klasyka. Fatalna urobiona po uszy, Babciusia niezadowolona i wściekła jak osa, ciotki kąśliwe, korporacyjny obrażony - w zasadzie bez powodu, ot tak do kompletu.

W niedzielę najbardziej kuriozalny piknik jak zdarzyło mi się przeżyć. Mieszkamy na obrzeżu miasta, z kawałkiem wybiegu dla kota i polem pod nosem. Płacimy za to dojazdami do stolicy ale nigdy żadne z nas nie narzekało. Bo zapach majowej łąki o poranku jest bezcenny. Na piknik zaprosili nas znajomi do Powsina. To co zaobaczyłam na miejscu było jakąś odmianą jednego z dolnych kręgów piekielnych. Na skraju osranego lasku, na łace na której traktor nie dałby rady się dobrze rozpędzić, w 34 stopniowym upale mieszkańcy Ursynowa zażywali majówki. Oznaczało to kocyki w zagęszczeniu podobnym do plaży w Krynicy w lipcu i minigrille oraz ogniska z 2 metry. Wróciłam półżywa, przytruta kiełbasą i uwędzona dymem.

W poniedziałek udaliśmy się do pracy (albowiem macierzynski mój dobiegł końca i wróciłam do pracy). Ja wypadłam z roboty o 15.00, po drodze odebrałam obrażoną Jedynkę ze świetlicy, połknęłam płuca robiąc zakupy, przyjęłam na klatę ryk Młodego i wściekłą minę Fatalnej by stanąc przy kuchni i naszykować kolacje dla rodziny korporacyjnego, która postanowiła na majówkę przybyć do stolicy. Korporacyjny wrócił o zwykłej porze, czyli o 19.00 dostarczając 3 litry wody i 6 kartonów karotki (która jak wiadomo jest idealna na upały).

Rodzina zwinęła się szczęściem we wtorek po poludniu.

W środę dla odmiany pokłóciliśmy się. Oficjalnie z mojej winy, gdyż narzekam i nie zdążylam policzyć metrow kafelków potrzebnych do remontu, po które korporacyjny ofiarnie zadeklarował się udać. Nieoficjalnie po prostu dawno nie było dobrej awantury zakończenej grożeniem papierami rozwodowymi.

W czwartek udaliśmy się dla odmiany w odwiedziny do rodziny. Tamże przez dwa dni kursowałam między wózkiem a kuchnią, a korporacyjny zwiedzał krzaje nad Bugiem nabierając mocy do dalszego zapieprzania w korpo.

Ale ja tez nabrałam trochę mocy. Już wiem po co to wszystko.

Tam nad Bugiem mamy kawałek pola. Mikroskopijnie przklejony do latyfundium mojego wuja. I jak już kompletnie złachana byciem złą żoną i złą matką, pracą, życiem w mieście i życiem w ogóle stanę się bezużyteczną grecką staruszką, pozbawiona środków do życia (bo emeryturę będę miała państwową) to wtedy pojadę na to pole, położę się o świcie w świeżej bruździe i jak Boryna oddam ducha.

Ale za to na swojej wlasnej ziemi.

O ile korporacyjny nie odbierze mi jej wcześniej na sprawie rozwodowej.

11:46, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (8) »
środa, 14 marca 2012

Nie jest dobrze.

Dlaczego o tym nie napisałam? Zajrzałam do pierwszego wpisu na tym blogu. Wtedy tez nie było dobrze. Założyłam sobie blog, żeby ponarzekać. Wylać. Obsmarować co się da. Dlaczego tego nie robię? Cholera, po to jest ten blog. A ja nie jestem supermenką.

Ugrzęzłam po uszy na własne w zasadzie żądanie.

Jestem słynna jako ta "co dostała nową pracę, będąc w ciąży". Ale uwaga dzieweczki, które pragnęłybyście powtórzyć ten wyczyn. Nic nie jest za darmo.

Chcąc spłacić dług (no bo to w naszym kraju nie jest normalne, w takiej Szwecji laska w ciąży idzie i dostaje robotę, a potem niańczy sobie bejbusia a stołek grzecznie czeka), zatem chcąc spłacić dług wdzięczności, zadeklarowałam, że pracy dopilnuję też w trakcie urlopu.

Nie przewidziałam jednak, że dla osłabionej porodem, zimą, anemią i dodatkowymi obowiązkami kobiety, stres związany z terminami, użeraniem, pretensjami itp. katalogiem atrakcji może być zabójczy.

I teraz noszę ten stres zamiast nowej torebki na wiosnę. W nocy otwieram oczy, żeby nakarmić dziecko, które je i usypia. A ja leżę i walczę z mdlącym poczuciem, że czegoś zapomniałam. Nie zdązymy. Drukarnia się nie wyrobi, grafik się opierdala. Nie zdążymy. Leżę godzinę, dwie. Świta. Karmię znowu. Wstaję opuchnięta i odrętwiała. Jem coś, przewijam, usypiam. Otwieram komputer. Jest coś. Zaakceptować? Nie, a jak sie przyczepią? wysyłam do opiniowania. Kolejne uwagi, wracamy do punktu wyjścia. Nie zdążymy. Stres owija się jak wąż wokół szyi.

Tonę w bagnie. Nie mogę zrobić nic konstruktywnego. Wypełniam umowę. Brakuje numeru dowodu. Trzeba wstać, wyjąć portfel z torebki. Przerasta mnie te kilka kroków. Siedzę i zaczynam płakać. Niewypełniona do końca umowa zawisa mi u pasa kolejnym kamieniem. Tylko czekać aż zbierze się ich tyle, że pociągną mnie na dno.

I jeszcze dzieci. Małe płacze. Przywiązane do mnie niewidzialną nicią przeżywa pewnie mój stres. Starsze cierpi. Wykrzykuje z nienawiścią swoje cierpienie, wali we mnie, a ja staram się milczeć. Ważę każde słowo by nie potęgować agresji. Rozmowa z moim starszym dzieckiem jest jak negocjacje z niestabilnym psychicznie terrorystą trzymającym na muszce zakladników. Jedno nieostrożne słowo i wszyscy zginą.

Dziś próbuję coś zmienić. Szukam punktu odniesienia. Nie może być nim praca. Nie po to żyję. Pójdę na dwór. Ogród pachnie mokrą ziemią. Brakuje mi kawy...

Niech ktoś rzuci mi linę, żeby mogła wydostać się z tego tłustego błota codzienności.

10:36, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 12 marca 2012

Bardzo Zła odpadła z konkurencji blogowania na akord.

Zwyczajnie nie daję rady.

Przez miesiąc wydarzyło się tyle co przez pół roku.

Np. wypadła mi połowa włosów.

Spadła mi cała waga ciążowa i jeszcze trochę tej sprzed (co oznacza wygląd wieszaka obciągniętego nieco luźną skórą).

Było jakiś czas tak uroczo, że nie warto było pisać a potem zrobila się taka masakra, że nie chciało mi się otwierac oczu a co dopiero pisać.

Jako matka na urlopie macierzyńskim zapitalalam do roboty wlokąc ze sobą wózek z zawartością. Zawartość, która spędziła 3 miesiące życia w miłej ciszy i zimowym półmroku nie była zadowolona.

Jako żona korporacyjnego męża, który z narzędzi najbardziej lubi otwieracz do piwa, rozpoczęłam remont zrujnowanej chałupy, mającej stac się do jesieni wymarzonym miejscem na ziemi.

Nie wiem czy w tej chałupie zamieszkam w stadzie, czy sama z przychówkiem.

Aaa, przychówek starszy regularnie grozi wyprowadzką. Młodszy na razie nie grozi, ale to chyba wyłącznie przez brak umiejetności werbalizowania pragnień.

Grzęznę.

Znikąd pomocy.

11:58, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 lutego 2012

Co robi matka dwójki dzieci i żona męża notorycznie nieobecnego w domu do późnych godzin nocnych w obliczu totalnej awarii instalacji grzewczej po całym dniu bezowocnego oczekiwania na fachowca od naprawy?

Bierze instrukcję i idzie naprawiać piec.

Narzędzia używane przeze mnie do w/w dziłalności to:

- mała latarka reklamowa z rossmana znaleziona w torebce

- nożyk do obierania ziemniaków

- trzy śrubokręty płaskie różnego kalibru wygrzebane z dna szafy Korporacyjnego

Do chwili pojawienia się siły fachowej w godzinach późnowieczornych zdążyłam rozmonotować panel sterujący, zindetyfikować problematyczny czujnik i wcisnąć go na miejsce. Siła fachowa rozpoznała dodatkowy problem w postaci kamienia w dopływie wody. Domyślałam się, że tak może być jednak zabrakło mi klucza francuskiego do wykręcenia rurki.

Wniosek: powinnam przenieść śrubokręty do swojej szafy i uzupełnić je o klucz francuski.

Bo na pomocną męską dłoń już dawno przestałam liczyć.

Jak mawia Korporacyjny: Umiesz liczyć? Licz na siebie.

Howgh.

22:11, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (11) »
środa, 01 lutego 2012

Wygląda na to, że rozstaniemy się z powodu płaczu niemowlaka. I to na dodatek niemowlaka, który powinien mieć na drugie imię "wcielenie spokoju".

Ktoś zna głupszy powód kłótni małżeńskich?

Jak my w ogóle przetrwaliśmy Jedynkę, która wyła koszmarnie, bezustannie i bez powodu?

Something is wrong.

Tylko, że nie wiem co.

Jestem wierna, lojalna i wyrozumiała.

Ale kopać się nie pozwolę.

niedziela, 29 stycznia 2012

To zabrzmi irracjonalnie ale kochając bardzo swojego męża jednocześnie wciąż czaję się wokół niego ostrożnie spodziewając się w każdej chwili ataku.

Nasze konflikty nie są krwawe i pewnie nie różnią się od drobnych codziennych nieporozumień wielu innych małżeństw ale mimo to:

- nigdy nie wychodzę po kłótni z domu, a jeśli nawet to zabieram dziecko ze sobą. Żeby w razie czego nie mozna było mnie oskarżyć przed sądem o porzucenie rodziny i obciążyć alimentami.

- kasuję historię przeglądania po każdym użyciu komputera (nie żebym oglądała japońskie porno, ale np. dla zachowania bloga do własnej wiadomości)

- posiadam konto zarejestrowane na własne nazwisko, które w razie czego natychmiast podaję w pracy do przelewu wynagrodzenia, by zabezpieczyć sobie własne środki na przetrwanie

- wącham koszule po służbowych imprezach (nie jestem Grenouille ale perfumy męskie od damskich odróżniam)

I żyję złudną nadzieją, że nigdy mi się to wszystko nie przyda...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przy okazji powolnego przekopywania się przez stos tygodników przywleczonych z roboty przez KM trafiłam na ten smakowity kąsek http://stylzycia.newsweek.pl/facet-z-miotla--czyli-wyznanie-domowego-obiboka,85985,1,1.html

Bingo! Mój Korporacyjny należy do elitarnej grupy 6%, której odkurzacz nie gryzie. Po wielu latach, podczas których konserwacja życiowej powierzchni płaskiej należała do moich wyłącznych obowiązków, dzięki narodzinom nowego potomka małżonek przypomniał sobie, z której strony jest włącznik odkurzacza. I to po zaledwie 3-krotnym pozostawieniu go samego z dziećmi.

Niezmiernie się cieszę. Niestety, nie zmieniło to mojej sytuacji w znaczący sposób.

Nadal mając w perspektywie sprzątanie chałupy zalewam się łzami.

Przyznaję, że to bardzo głupi powód do płaczu. Sprzątanie to jednak czynność przeze mnie tak szczerze i głęboko znienawidzona, podświadomie negatywnie uwarunkowana, że niemal nigdy nie obywa się bez okazywania gwałtownych emocji. Bywa, że jeżdżę szmatą i płaczę. Bywa, że wyżywam się na rodzinie. Albo oba naraz. Anthea Turner to ja na pewno nie jestem.

Moja matka spędzała większość czasu na sprzątaniu. Podejrzewam, że była to czynność kompulsywna, kanalizująca stres życia w PRL-u z dwojką dzieci i Wiecznie Nieobecnym. Odkąd pamiętam byłam sztorcowana za okruchy na podłodze, kapnięte mleko, rzucone ubranie. Jako 7-latka miałam za zadanie polerować naszą rumuńską meblościankę na wysoki połysk. Kiedy dumna z siebie zapraszałam do podziwiania swego dzieła, matka znajdowała niedoczyszczoną półkę albo krytykowała zbyt wysokie zużycie pasty do polerowania.

Powinnam zbuntować się i jako dorosła żyć w syfie. Wyuczony odruch jest jednak zbyt silny. Kurz na podłodze powoduje, że robię się nerwowa, zaczynają mnie swędzieć ręce, nie mogę się uspokoić dopóki nie przejadę odkurzaczem. Nasze gniazdko wychodzi na południe, co sprawia, że światło z okien przepięknie (szczególnie zimą, gdy słońce swieci nisko) eksponuje najcieńszą nawet warstewkę kurzu i każdą plamkę na panelach.

Kilkakrotnie próbowałam outsourcować znienawidzoną czynność. Pojawiały się różne Luby i Tatiany. Jednakże trafia mnie szlag na widok kobiety, która 8 godzin poświęca na coś, co ja robię w 2 (jestem ekspresowa, upraszczam i usprawniam co się da), cały dzień kręci mi się po chałupie a i tak nie zrobi wszystkiego co bym chciała.

Kiedyś dyskutowałam ze znajomą zakup maszyny Rainbow. Byłam generalnie niechętna wydawaniu dwóch pensji na coś, z czym i tak trzeba w garści zasuwać po mieszkaniu (co innego gdyby odkurzał sam). Dialog wyglądał tak:

Ja: No więc własnie był ten przedstawiciel i mimo wszystko nie jestem przekonana.

Znajoma: To okropnie hałasuje, jak nasza pani odkurza to muszę bardzo podgłaszać telewizor.

Kurtyna.

Wiecie, jak ja jej cholernie zazdrościłam? Nie, że ją stać na rainbow i panią do jego obsługi. Bo mnie też stać. Zazdrościłam jej, że potrafi siedzieć i oglądać telewizję, kiedy ktoś jej sprząta.

Bo ja bym nie potrafiła. Łaziłabym i sprawdzała, czy szmata do paneli nie za mokra, dlaczego jeszcze kafelki nie umyte, wytykała, że blaty w kuchni to jednorazowym ręcznikiem a nie szmatką ze zlewu.

Więc sama sprzątam. I płaczę.

14:14, very_bad_mother , Małżeństwo
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin